Historia Pauliny, mamy Marty

Byłam uzależniona od heroiny przez półtora roku. Zaczęło się od tego, że związałam się z pewnym chłopakiem, ćpunem, który „wprowadził” mnie w towarzystwo osób uzależnionych od heroiny i metadonu. Po mniej więcej dwóch miesiącach spróbowałam metadonu, ale nie podszedł mi za bardzo. Tydzień później po raz pierwszy dożylnie wstrzyknęłam sobie heroinę. No i popłynęłam. Ćpając zaszłam w ciążę. Moja Martusia miałaby brata. Wtedy jednak ważniejsze były dla mnie narkotyki niż własne dziecko. W końcu trafiłam do ośrodka, w którym zaczęłam leczyć się z uzależnienia. Tam odebrałam wiadomość, że mój syn zmarł. Miał osiemnaście miesięcy, kiedy dołączył do aniołków. Przeżyłam to strasznie. Przebywanie na odwyku przestało mieć sens, chciałam stamtąd uciec i po prostu wrócić do ćpania.

Tydzień po otrzymaniu wiadomości o śmierci synka dowiedziałam się, że jestem w ciąży z Martą. Lider ośrodka, Paweł, powiedział mi wtedy, że to chyba jakieś przeznaczenie, że tracąc jedno dziecko od razu otrzymałam drugie. Poczułam, że to wyjątkowy dar. Ale też i się wkurzyłam. Na ojca Marty liczyć nie mogłam. Tak jak i ja był on osobą pragnącą wyjść z uzależnienia. O ciąży dowiedziałam się już po jego opuszczeniu placówki. Powiadomiłam go o tym, że spodziewamy się dziecka, nawet kilka razy odwiedził nas, ale niestety wrócił do nałogu, co przekreśla wszelkie nasze wspólne plany. Próbowałam ukryć mój stan i udawało mi się to do dwudziestego szóstego tygodnia ciąży. Wtedy pracownicy placówki zorientowali się co się ze mną dzieje. Całą ciążę strasznie bałam się o dziecko, nawet ukrywając ją przed innymi regularnie chodziłam do lekarza, który monitorował nasz stan zdrowia. Poród był długi i bolesny, ale najważniejsze dla mnie było, że Marta urodziła się zdrowa. Po porodzie wróciłam do ośrodka, ale nie mogłam w nim już dłużej przebywać. W sumie spędziłam tam osiemnaście miesięcy, ukończyłam leczenie. Musiałam zrobić miejsce innej potrzebującej osobie. Jeden z pracowników placówki powiedział mi o istnieniu tego miejsca. No i tak trafiłam do Domu Matki i Dziecka w Opolu.

Jestem tutaj od 10 kwietnia 2012 roku. Początkowo broniłam się rękami i nogami, żeby tutaj przyjeżdżać, chciałam od razu po skończonej terapii wrócić do domu, do Warszawy. Niestety, było to niemożliwe, więc musiałam szukać innych rozwiązań. Najpierw przyjechałam tutaj na rozmowę z siostrą, żeby poniekąd wysondować co to za miejsce, jak tutaj się żyje, na jakich zasadach to miejsce funkcjonuje. Siostra przyjęła mnie w pomieszczeniu terapeutycznym i objaśniała zasady działania placówki, ja też opowiedziałam swoją historię. No i po tygodniu przeprowadziłam się razem z Martunią. Nie żałuję.

Pierwszej doby spędzonej w Domu Matki i Dziecka nie wspominam najlepiej. Płakałam, czułam się samotna. Nie wiedziałam jak się zachowywać, odzywać, poruszać, co mnie trochę dołowało. Było to kolejne nowe i obce miejsce dla mnie. Następnego dnia jednak już się „rozkręciłam”. To, co zwróciło moją uwagę od razu to to, że mamy tu bardzo dużą pomoc prawną. Dużym wsparciem były i są dla mnie siostry, do których można zawsze i w każdej sprawie można przyjść porozmawiać. Chętne mogą chodzić do kaplicy na mszę świętą, ale obecność na niej nie jest absolutnie obowiązkowa.

Tutaj, jak i w każdym innym „normalnym” domu, bywa różnie. Czasem dziewczyny nie mogą dojść do porozumienia i się kłócą, ale spięcia trwają bardzo krótko. Z wszystkimi mamami utrzymuję koleżeńskie relacje, więc jak trzeba to mogę liczyć na pomoc w przypilnowaniu Marty itd. Czuję się tu teraz bezpieczna a mojemu dziecku nic nie zagraża i spokojnie może odkrywać świat. Zadomowiłyśmy się. Regulamin Domu Matki i Dziecka jest w porządku. Nie ciąży, nie ma jakiegoś strasznego rygoru. Dyżury są sprawiedliwe, panuje podział pracy, dziewczyny smacznie gotują. Mamy też czas wolny, w którym możemy załatwiać swoje sprawy.

Pobyt tutaj uczy samodzielności. Prowadzone są też różne kursy, które zwiększają nasze umiejętności, co z kolei dodaje pewności siebie. Chodziłam na jeden taki kurs, mówiło się na nim o uczuciach jakie darzymy nasze dzieci, o wychowywaniu, czyli słowem poruszałyśmy zagadnienia, które każdej z nas, każdej mamie, bardzo się przydają. Niestety musiałam zrezygnować z uczestnictwa w tych spotkaniach, bo mniej więcej w tym samym czasie moja Martusia ma rehabilitację w mieście. Córeczka ma już pół roku i po prostu ma małe opóźnienie rozwojowe w stosunku do niemowląt w jej wieku. Na rehabilitacji wraz z panią fizjoterapeutką próbujemy to nadrobić i „wyregulować” tak, aby nie miała żadnych problemów w późniejszym wieku. Jeżdżę z nią na Katedralną, do Fundacji Ochrony Życia, pod którą podlega ta placówka.

Najbliższe miesiące będą dla mnie pracowite. Będę walczyć o alimenty dla dziecka, o naszą lepszą przyszłość. Moi rodzice nam pomogą, cały czas zresztą pomagają. To do nich wrócę mniej więcej pod koniec września. Założyłam, że do tego czasu uporządkuję nasze sprawy i zaczniemy z Martą nowe, piękniejsze życie. Już nie mogę się doczekać.

 

Wysłuchała i spisała Sandra Bielska, maj 2012


Facebook Twitter Google+ YouTube
© Diecezjalna Fundacja Ochrony ŻyciaProjekt i realizacja: VIP4u Zarządzanie treścią: PROBETA