Historia Lidii, mamy Leosia, Agatki i Maleństwa

Nie miałam łatwego życia. Kiedy sięgam pamięcią wstecz to napotykam same złe wspomnienia. Nie lubię zresztą myśleć o tym, co było, co nie wyszło. Jedynym jasnym punktem na mojej linii życia, niczym gwiazdki na bardzo ciemnym niebie, są moje dzieci.

Wczesnego dzieciństwa nie pamiętam prawie wcale. Ojciec bardzo dużo pił. Kiedy mama umarła zostaliśmy z nim sami. Zawsze miałam najgorzej spośród rodzeństwa, uważano mnie też za najtrudniejsze dziecko. Miałam osiem lat kiedy zaczęto mnie leczyć psychiatrycznie. Rok później wraz z siostrami trafiłam do Domu Dziecka. Jak tam było? Różnie. Pamiętam, że starsze dziewczyny zaczepiały mnie, że czułam, że muszę walczyć o swoje. Z czasem mój kontakt z siostrami zaczął się rozluźniać. Czułam, że jestem sama. Buntowałam się przeciwko sobie, przeciwko życiu, przeciwko otoczeniu. Nikt mi nie pomagał w tym trudnym czasie, nie mogłam też liczyć na wychowawców. Nie ufałam zresztą dorosłym, nie chciałam też być dalej w Domu Dziecka. Uciekałam stamtąd kilkanaście razy, czasem sama, czasem z koleżanką. Podczas jednej z takich ucieczek próbowano mnie zgwałcić.

Miałam również różne przygody z używkami, bardzo dużo piłam. Wcześnie rozpoczęłam też życie seksualne. Próbowałam wielu różnych rzeczy, aż w końcu, po wielu incydentach, miarka się przebrała. Wpadłam za kradzież na kilka tysięcy złotych. Zdecydowano, że zostanę przeniesiona do poprawczaka. Uznano mnie za osobę zbyt zdemoralizowaną na przebywanie w otwartym środowisku. Miałam wtedy niecałe szesnaście lat.

W poprawczaku trochę się ogarnęłam. Nauczyłam się tam wielu rzeczy, ale też było mi ciężko. Cięłam się, miałam głęboką depresję, nie umiałam sobie sama z sobą poradzić. Tam wszędzie były kraty, kamery, był monitoring i sprawdzano każdego, kto wchodzi, kto wychodzi. Wszystko było jak w zegarku, wstawanie, jedzenie, szkoła, wszystko zaczynało się o ściśle wyznaczonej godzinie. Skończyłam szkołę zawodową, uzyskałam dyplom krawcowej. Moja starsza siostra zaproponowała mi wtedy, żebym się do niej przeprowadziła. Mogłam zostać jeszcze w poprawczaku do dwudziestego pierwszego roku życia i skończyć szkołę średnią, ale zdecydowałam, że się wyprowadzę. Miałam wtedy dziewiętnaście lat. Teraz tego bardzo żałuję, ale wtedy wyrywałam się na wolność, do ludzi, do życia bez tych głupich krat.

U siostry nie było różowo. Musiałam sprzątać, gotować, nie byłam też dobrze traktowana. Szukałam bratniej duszy i w niedalekim sąsiedztwie poznałam chłopaka. Wyprowadziłam się do niego, mieszkał co prawda z matką, ale ona, znając moją sytuację, zgodziła się na moją obecność. Ale to też było nietrwałe. Po jakimś czasie i stamtąd mnie wyrzucili, z różnych powodów. Trafiłam do noclegowni. Nie podobało mi się tam. Alkoholicy, brudasy, ćpuny. Bałam się być w takim środowisku, no ale co miałam zrobić. Poznałam kolejnego kolegę. Trzymaliśmy się razem, próbowaliśmy też jakoś sobie poradzić w życiu, coś ogarnąć samodzielnie. Wtedy okazało się, że zaszłam z nim w ciążę. Zdenerwowałam się, bo w ogóle nie widziałam siebie w roli matki. Potem przyszła jedna ciężka noc. Wieczorem nie chciano nas, mnie i mojego chłopaka, wpuścić do noclegowni, bo niby byliśmy pijani. Co było robić, poszliśmy za noclegownię, tam są takie squaty. Rano, kiedy obudziłam się w obsikanym śpiworze, brudna, drżąca z zimna i głodna zrozumiałam, że naprawdę nie chcę tak żyć. Nosiłam jednak pod sercem dziecko, więc musiałam wziąć się w garść. Wróciłam do noclegowni, umyłam się, wzięłam sobie czyste ubranie. Potem usiadłam i zaczęłam płakać, bo nie miałam kompletnie żadnego planu ani pomysłu na życie. I wtedy, jak w bajce, pojawił się On. Przystojny, dużo starszy, bardzo grzeczny. Przyszedł kogoś odwiedzić w noclegowni, zobaczył mnie, zaczął rozmowę. Zaiskrzyło. Zaczął mi przynosić śniadania do tej noclegowni, był dla mnie bardzo miły. Po krótkim czasie wyprowadziłam się do niego. Kupił mi kosmetyki, ubrania, jedzenie, zabrał mnie do fryzjera. Trochę się go bałam, w końcu to był dla mnie prawie obcy facet. Nie wiedziałam skąd ma pieniądze na to wszystko, chyba gdzieś pracował. Wiedział, że jestem w ciąży, ale w ogóle mnie o nic nie dopytywał. No, ale zaczęły się również między nami różne nieporozumienia. Pierwszy raz to ja uderzyłam go w twarz, a on mi oddał dużo mocniej. Dowiedziałam się później, że dwanaście lat spędził w kryminale. Pomyślałam, że znów źle trafiłam, że może trzeba się ewakuować z tego związku. Ale z drugiej strony nie chciałam wracać do noclegowni albo żyć na ulicy. Jakoś przeleciał mi ten czas do porodu, nie było źle. Różni ludzie, również z noclegowni, próbowali coś tam ode mnie uzyskać, albo mnie zastraszyć, ale on nie pozwalał nikomu mnie tknąć. W końcu nadszedł ten dzień, nagle odeszły mi wody, czułam się fatalnie, nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Szybka jazda do szpitala i poród. Syna urodziłam przez cesarskie cięcie. Nie minęło jednak dużo czasu, a już byłam w kolejnej ciąży – z Agatką.

Cóż, jak widać w moim związku od początku nie było dobrze. Czułam się przemęczona i nieatrakcyjna, nie miałam ochoty na nic. Mój partner zmuszał mnie często do współżycia, a kiedy próbowałam stawiać opór to używał siły. Byłam niestety bezbronna, jednocześnie czułam, że naprawdę nie mamy dokąd pójść i co ze sobą zrobić, więc muszę to wszystko przetrzymać. Urodziła się Agatka, znów przez „chwilę” było trochę lepiej. Do pewnego razu, do pewnego kolejnego wieczoru pod znakiem wielkiej awantury. Coś we mnie pękło. Pomyślałam, że dzieci zasługują na coś więcej i że muszę zmienić naszą sytuację właśnie dla nich. Zaczęłam szukać pomocy.

Do Domu Matki i Dziecka trafiłam po raz pierwszy po bardzo dotkliwym pobiciu. Mój partner był agresywny. Próbowałam mu oddać, próbowałam się bronić. I dostałam za swoje. Poszłam do Opieki Społecznej i po kilku dniach byłam tutaj. Nie wiedziałam czego się tutaj spodziewać. Byłam przestraszona. Mnie też się chyba tutaj wszyscy wystraszyli. Byłam tak bardzo poobijana. To był koniec stycznia 2015 roku.

Nie chciałam jednak tutaj być. Od dziecka tułam się po placówkach, po instytucjach, które pomagają. Wiedziałam jednak, że nie mam wyjścia. Inaczej nic się znów nie zmieni, a ten Dom to jest takie miejsce, gdzie można się naprawdę odciąć od dotychczasowych. No i, co ważne, żaden facet nie ma tutaj wstępu.

Nie zagrzałam miejsca długo. Znów chciałam się wyrwać. Wyprowadziłam się z dziećmi po kilku miesiącach, do tego samego partnera, który mnie wcześniej pobił. Uznałam, że go kocham, że tak tym razem nam wyjdzie, mieliśmy w końcu przerwę, miałam nadzieję, że on doceni co stracił. Miłość… kto ją do końca zrozumie? Czas pokazał, że myliłam się bardzo. Żadnych zmian nie było.

Partner pił, był agresywny, przystawiał się do innych kobiet, nie zwracając na mnie uwagi. Bolało mnie to bardzo, bo naprawdę chciałam utrzymać rodzinę. W końcu się rozstaliśmy. Poznałam innego mężczyznę, Krzysztofa. Przeprowadziłam się z nim do innego miejsca. Od razu było zupełnie inaczej. Czułam się taka… bezpieczna. Robił zakupy, pomagał mi przy dzieciach. Niestety nam się nie ułożyło, głównie z mojej winy. Były partner przychodził do nas i po pijaku nam wygrażał. Ja też nie byłam święta i nie zachowywałam się najlepiej. W końcu Krzysztof od nas odszedł, a ja zorientowałam się, że kolejny raz jestem w ciąży.

Zostałam sama. Próbowałam przetrzymać jakiś czas u siostry. Przyjęła mnie do siebie, ale przecież ma też swoje życie, swoje dzieci, swoje problemy. Moje maluchy obrywały od kuzynostwa, Agatce wyrwano kępkę włosów. Nie wytrzymywałam tam. Nie mogłam przecież wychowywać siostrze dzieci, zresztą na każdą moją uwagę reagowała wręcz alergicznie. Zaczęło być dla mnie jasne, że muszę wrócić do Domu Matki i Dziecka, że nie mam innego wyjścia. Bałam się, że nie będzie to możliwe, że odbiorą mi dzieci, ale na szczęście się udało.

Przyjechałam tu po raz drugi w grudniu 2015 roku. Wiedziałam już czego się spodziewać, jak wygląda Dom i jego zasady. Ważne dla mnie było, żeby znaleźć się szybko gdzieś, gdzie będziemy bezpieczni i gdzie nikt nam nie będzie zagrażał. Przyjęli mnie, zrozumieli moją sytuację, po raz kolejny dostałam szansę. Szybko się zaaklimatyzowałam.

Uważam, że panują tu dobre zasady. Po prostu dobrze jest wymyślony ten Dom. Musimy sprzątać, gotować, no ale z drugiej strony mamy wszystko, co jest potrzebne do normalnego funkcjonowania, więc coś się siostrom należy za to, że nas utrzymują, że o nas dbają. Mamy swój wkład, to w końcu nasze dobro wspólne.

Dla mnie ważne jest to, że dzieci są w końcu bezpieczne. Moje zresztą tu się bardzo zmieniły i myślę, że na lepsze. Starszy syn zrobił się kontaktowy, otwarty, wręcz rozgadał się, a wcześniej ledwie co się odzywał. Wciąż czasem się boi, ale nie jest już taki wycofany jak kiedyś. Niestety syn ma pewne uwstecznienia. Mieliśmy tu takie badanie, na rozwój, wyszło, że czasem ma zachowania typowe dla dziecka młodszego aż o rok. Może to przeze mnie, bo denerwowałam się w ciąży, piłam, paliłam. Córeczka z kolei stała się taką typową rozkoszną księżniczką. Zrobiła się taka wesolutka, wszyscy mówią o niej „cukiereczek”, bardzo lubi się śmiać. Włoski odrosły jej już na tyle, że robię jej pierwsze fryzurki. Lubię te kokardki i spineczki na jej główce. Dzieciom niczego tutaj nie brakuje, ja sama nie muszę się martwić o jedzenie, mieszkanie. To bardzo odciąża głowę i pozwala zająć się w końcu innymi sprawami.

Marzę, żeby dzieci nie miały takiego dzieciństwa jak ja, żeby nie były tak przekładane z miejsca na miejsce. Chciałabym też, żeby znały swoją wartość, żeby były dobre i spokojne. Gdyby nie one, nie byłoby mnie już na tym świecie. Wiem, że dla nich warto się starać, warto porządkować to moje życie i walczyć o lepsze jutro.

Dziewczyny, jakie tu mieszkają, są bardzo różne. Ale jakoś ze wszystkimi da się dogadać, prędzej czy później. Mam też od nich dużo oparcia i pomocy, głównie przy opiece nad dziećmi, ale też jak potrzebuję pogadać tak od serca, czasem popłakać. Jest mi ciężko, bo mało dobrego doświadczyłam w życiu i sama czasem jestem niepotrzebnie nerwowa i konfliktowa. Potem zawsze bardzo żałuję i przepraszam. Chciałabym umieć nad sobą panować, ale nie zawsze mi to wychodzi.

Mam w końcu taki spokojny czas, kiedy mogę spojrzeć na wszystko z dystansu i wyciągnąć wnioski. Powoli kreślę już pierwsze plany na naszą przyszłość. Marzę o normalnym życiu, o tym, żeby dzieci miały spokojny dom, żeby nie musiały się tak tułać, jak to robimy do tej pory. Chciałabym, żeby mój partner się ogarnął i żeby poszedł na detoks i żebyśmy mogli rozpocząć życie od nowa, a przeszłość zostawić za sobą. Boję się być sama. Niestety, analizując naszą historię rozumiem, że to tylko moje życzenia, a to niestety nie wystarczy. To toksyczny związek, który muszę raz na zawsze zakończyć, dla dobra siebie i dzieci. Inaczej nie pójdziemy dalej, inaczej nie zacznie być lepiej.

Na razie więc mieszkamy w Domu Matki i Dziecka, gdzie zamierzam doczekać porodu. Takie miejsca jak te, w którym teraz jesteśmy, są bardzo potrzebne, bo często są jedyną i ostatnią deską ratunku, aby mamy mogły być ze swoimi dziećmi i je wychowywać. Myślę, że ta możliwość bycia razem dla każdej z nas jest najcenniejsza w życiu.

Wysłuchała i spisała Sandra Narewska Kwiecień 2016 r.


Facebook Twitter Google+ YouTube
© Diecezjalna Fundacja Ochrony ŻyciaProjekt i realizacja: VIP4u Zarządzanie treścią: PROBETA