Historia Marty, mamy Damiana

Do Domu Matki i Dziecka wprowadziłam w maju 2017 roku. Ale przyjechałam tu pierwszy raz już w kwietniu, głównie żeby zostawić swoje rzeczy do pokoju, a kolejnego dnia już byłam na oddziale w szpitalu ginekologiczno-położniczym. Nie zdążyłam nawet pogadać z dziewczynami, ledwie zapoznałam się z Domem. To był mój 39 tydzień ciąży, miałam mieć cesarkę. Synuś urodził się zdrowy, dostał 10 punktów, byłam taka dumna. Niestety, po porodzie ponad dwa tygodnie spędziliśmy z Damiankiem w szpitalu, ze względu na jego zapalenie płuc. Po raz pierwszy poczułam co to znaczy bać się o kogoś, kogo kocha się najbardziej na świecie. Na szczęście leczenie przebiegało w miarę rutynowo i w końcu mogliśmy tutaj wrócić, do Domu Matki i Dziecka.

Damianek jest moim jedynym dzieckiem. Jego ojcem jest mój – już niestety były – chłopak, z którym wcześniej byliśmy prawie dwa lata w związku. Snuliśmy wspólne plany na przyszłość i w końcu zdecydowaliśmy, że chcemy mieć dzidziusia. Rozpoczęliśmy starania i bardzo szybko udało się! Byłam przeszczęśliwa, z kolei mój chłopak zaczął się dziwnie zachowywać… Coraz rzadziej dzwonił, stał się złośliwy i wredny, aż w końcu uznał… że to nie jego dziecko. Byłam zrozpaczona – był moim pierwszym mężczyzną, bardzo go kochałam, przecież chcieliśmy tego. Próbowałam z nim rozmawiać jeszcze, w końcu mieliśmy lada dzień wprowadzać się do nowego mieszkania, wszystko było dopięte na ostatni guzik. Ale już nie chciał słuchać. Największym ciosem było usłyszeć z jego ust, że żąda testów na ojcostwo. Od razu się na nie zgodziłam. I zapewniłam po raz kolejny, że wiem kto jest tatą Damiana.

Ta cała sytuacja generuje u mnie duży stres, który w moim przypadku jest bardzo niewskazany, bo nasila objawy choroby. Siedem lat temu zdiagnozowano u mnie epilepsję. Kiedy nosiłam synka pod sercem to oczywiście odstawiłam leki. Bałam się kolejnych ataków, w końcu ciąża to spory wysiłek dla organizmu, ale na szczęście nic się nie stało. Podczas ciąży męczyła mnie też straszna zgaga i często miewałam zawroty głowy, ale niestety z tymi niedogodnościami musiałam sobie radzić sama. To właśnie było najgorsze, nagle ogarnąć się i radzić sobie ze wszystkim w pojedynkę. Mieliśmy z tatą Damiana takie piękne plany i wszystko legło w gruzach, ot tak, po prostu.

Od 17 roku życia mieszkałam u mojego dziadka. Wcześniej byłam u rodziców, ale z czasem się przeniosłam, bo nie wytrzymywałam picia mojej mamy. Wielokrotnie się o to kłóciłyśmy, próbowała też mnie bić. Często wracała pijana do domu i już od progu szukała zaczepki. Chciałam jej pomóc, prosiłam, żeby się położyła, odpoczęła, nie krzyczała. Proponowałam jej kanapki, herbatę, cokolwiek byleby tylko był spokój. Ona jednak reagowała na każdą taką formę pomocy agresją. Taty prawie nie było w domu, bo pracuje jako kierowca. Żal mi mojej młodszej siostry, która jeszcze wychowuje się w domu. Starałam się spędzać z nią jak najwięcej czasu. Ale kiedy zaszłam w ciążę musiałam zacząć myśleć o swoim dziecku.

Dziadek też popijał, ale nie tak ostro jak mama. Z czasem okazało się, że wymaga nieco opieki, zatem sprzątanie i gotowanie spadło na mnie. Warunki mieszkaniowe pozostawiały jednak wiele do życzenia – nieszczelne okna, niewykończona łazienka, wilgoć, to tylko część z całego morza niedogodności. Ale nie było źle, miałam spokój i mogłam w końcu zastanowić się co dalej?

Postanowiłam działać. Nie wyobrażałam sobie, że zostanę u dziadka do porodu i będę u niego wychowywać synka. Zgłosiłam się do opieki społecznej z prośbą o pomoc. Po zbadaniu fatalnych warunków mieszkaniowych okazało się, że moja sytuacja kwalifikuje się do otrzymania wsparcia.

Znajomi i dalsza rodzina próbowali mi pomóc, wynajdując miejsca i ośrodki, do których mogłabym się udać, aby mieć opiekę i dach nad głową w czasie ciąży i po porodzie. Do wsparcia przyłączył się tata, który zapewnił mnie, że będzie przysyłał pieniądze na życie. W końcu, dzięki dalszej rodzinie z Opola, dowiedziałam się o tutejszym Domu Matki i Dziecka. Powiadomiłam opiekę społeczną o tym „znalezisku” i rozpoczęły się starania o przyjęcie mnie do placówki. Cieszyłam się jak małe dziecko, bo to wszystko oznaczało, że wyjadę z rodzinnego miasteczka i będę mogła zacząć życie na nowo w zupełnie innym miejscu.

Kiedy wróciłam z synkiem po porodzie do Domu zaskoczyło mnie jak miło zostałam przyjęta przez współmieszkanki. Każda chciała mi jakoś pomóc, coś doradzić, wesprzeć, dawno nie spotkałam się z takim ciepłem ze strony drugiego człowieka. Podobało mi się ich podejście do mnie, bałam się wcześniej, że mnie nie zaakceptują, bo nie umiem wciąż wielu rzeczy. Kiepsko gotuję, do dziś nigdy nie zrobiłam zupy. Myślałam, że może to przeszkoda, że wszystkie dziewczyny tutaj są super matkami, a ja jedna będę taka niezaradna. Ale wszystko potoczyło się inaczej. Kiedy przyjechałam tutaj z siostrą Marianną to od razu jedna z dziewczyn wyszła nam na powitanie. Generalnie każda z nich przyszła się ze mną przywitać, zapytać jak się czuję. To był naprawdę dobry początek.

Tata Damiana nie interesuje się synkiem w ogóle. Obecnie pracuje za granicą. Ani razu nie zapytał mnie o samopoczucie po porodzie, nie pyta czy mamy co jeść, w co się ubrać. Złożyłam też już pozew o alimenty, będę walczyć o godne warunki dla mojego dziecka. Jeśli tata Damiana nie chce z nami być to musi nas wesprzeć inaczej. Zachodząc w ciążę praktycznie byłam już u kresu szkoły, ale przez te wszystkie perypetie przerwałam naukę. Jak tylko mały podrośnie to wracam do szkolnej ławy i uzupełnię luki w wykształceniu. Chcę pracować i być samodzielna. Muszę teraz być dla mojego dziecka i mamą i tatą.

Moja „niedoszła” teściowa zaczęła się ostatnio odzywać. Zapewnia mnie, że jak tylko testy na ojcostwo wyjdą pozytywnie dla taty Damiana to ona mi pomoże, będzie też chciała mieć kontakt z wnukiem. Szkoda, że nie odezwała się wcześniej, że nie wspierała mnie w kiedy byłam w ciąży, tylko udawała, że mnie nie zna. Każda pomoc w tym czasie byłaby dla mnie bezcenna. Będę się jednak cieszyć z wszelkiej formy wsparcia – wszystko dla dziecka.

Tata Damiana sam wychował się bez ojca. Jest dla mnie niezrozumiałe, że chce tą samą traumę zafundować własnemu dziecku. Sam pamięta pewnie jak było mu ciężko, jak zazdrościł kolegom posiadania taty. Przed ciążą często rozmawialiśmy o tym, jak wyglądało nasze dzieciństwo i obiecywaliśmy sobie, że to, jakie zorganizujemy naszemu dziecku będzie lepsze. Smutno mi, że na razie się to nie udaje. Chciałabym jednak stworzyć normalną rodzinę, żeby Damian miał tatę, który będzie się nim opiekował, wychowywał, uczył różnych rzeczy.

Czekam jeszcze z Chrztem Świętym do czasu, aż wrócę w moje rodzinne strony. Zaproszę rodzinę – jakkolwiek by się w życiu nie działo trzeba trzymać się razem. Poza tym chcę tak ładnie przedstawić wszystkim Damianka, oficjalnie go wprowadzić do naszej społeczności. Ostatnio miałam spory powód do radości, bo przeszła do mnie decyzja o przyznaniu lokalu. Mój tata dalej mnie zapewnia, że nam pomoże w opłatach i nie mam się o takie rzeczy martwić. Mieszkanie jest w ładnej okolicy, będę mieć też blisko do cioci, która teraz też jest w ciąży. Cieszę się, jak dzieci nam podrosną to będą się razem bawić. Wyprowadzam się za miesiąc, póki co jeszcze kompletuję ciuszki dla małego. Sporo osób tutaj do Domu przywozi ubranka dziecięce i wspólnie z dziewczynami odkładamy sobie nawzajem to i owo. Mam już rzeczy na najbliższe miesiące, więc zaoszczędzę na kupowaniu „bodziaków”. W Domu działa też projekt w którym każda z usamodzielniających się mam może zakupić produkty dla dziecka na nową drogę. Chciałabym przeznaczyć te pieniążki na pampersy i kosmetyki dla dziecka, takie lepszej jakości.

Podoba mi się to, jaka jest tutaj organizacja. Każda z nas ma swój dyżur do zrobienia, dzięki czemu razem troszczymy się o Dom. Smakuje mi też to, co gotują dziewczyny, one też nie zgłaszają (odpukać!) zażaleń na moją skromną kuchnię. Wciąż się uczę i podpatruję jak inne mamy przyrządzają posiłki. Fajna jest też okolica Domu, tak tu cicho i spokojnie. Często biorę Damianka na spacer, oboje wtedy się relaksujemy. Mały uwielbia zasypiać na dworze.

Mamy tutaj różne zajęcia, najbardziej podobają mi się te aktywizacyjne. Dowiadujemy się różnych ciekawych rzeczy o wychowywaniu, dostajemy też dużo fajnych pomysłów na zabawę z dzieckiem, przy których w ogóle nie trzeba wydawać pieniędzy! Byliśmy też już wszyscy w Ogrodzie Zoologicznym w ramach zajęć, było super, wykorzystałam całą pamięć w telefonie na zdjęcia!

Wszyscy tutaj uważają mnie za wielką gadułę – bo ciągle mówię do dziecka! Ale ja uważam, że to ważne, żeby opowiadać Damiankowi świat. Cały czas mu relacjonuję, co co robię i dzięki temu nie mam problemów np. przy zmianie pampersa. Mam wrażenie, że mały wie, co się dzieje i dlatego się nie buntuje. Muszę przyznać, że też bardzo dobrze reaguje na mój głos – wystarczy, że mnie usłyszy i już się uspokaja. To wspaniałe uczucie.

Jestem wdzięczna za przyjęcie mnie tutaj i cały pobyt. Miałam szansę się wyciszyć, złapać dystans do sytuacji. Dużo się wydarzyło – myślę, że samych dobrych rzeczy. Poznałam fantastyczne dziewczyny, dostałam dużo wsparcia od pracowników, wiele się dowiedziałam na temat wychowania i pielęgnacji dziecka. A nade wszystko – mam wspaniałego syna, dzięki któremu wiem, że mogę góry przenosić! I zrobię wszystko, żeby miał szczęśliwe i spokojne życie.

Wysłuchała i spisała Sandra Narewska Lipiec 2017 r.


Facebook Twitter Google+ YouTube
© Diecezjalna Fundacja Ochrony ŻyciaProjekt i realizacja: VIP4u Zarządzanie treścią: PROBETA