Historia Kamili, mamy Olki

Wprowadziłam się do Domu Matki i Dziecka 11 lutego 2018 roku. Nie było już dla mnie innego miejsca na świecie, w którym mogłabym się schronić z córeczką. Przyjechałam tu z nadzieją na realną zmianę w swoim życiu.

Nie wiedziałam wcześniej o istnieniu takiego Domu w Opolu. Nie chciałam w ogóle korzystać z pomocy społecznej i iść z małą do jakiegokolwiek ośrodka. Działo się tak głównie przez moje doświadczenia sprzed lat, kiedy tymczasowo zatrzymałam się w schronisku dla rodzin. Miałam tam pokój przechodni, więc zero prywatności, dodatkowo matki mieszkały ze swoimi partnerami, co wpływało na atmosferę tego miejsca. Czułam się tam strasznie, warunki mieszkaniowe też pozostawiały wiele do życzenia. Nikt nie dbał o porządek, każdy żył z dnia na dzień, bez pomysłu, bez perspektyw. Uciekłam stamtąd przy pierwszej sposobności. I nagle okazało się, że znów muszę skorzystać z pomocy tego typu, żeby chronić siebie i córkę. Na szczęście tym razem trafiłam do Domu Matki i Dziecka w Opolu.

Od początku byłam zachwycona Domem i jego sposobem zorganizowania. Po przyjeździe obowiązywał mnie „czas ochronny”, ale ja bardzo chciałam jak najszybciej włączyć się w rytm tego miejsca i pomagać przy sprzątaniu i gotowaniu. Olka nie odstępowała mnie na krok i traktowała każdego mieszkańca z dystansem. Nie przeszkadzała mi ciągła obecność córki, wiedziałam, że w nowym miejscu czuje się nieswojo i musi minąć trochę czasu, aż nabierze zaufania i poczuje to, co ja: ulgę, że jesteśmy już bezpieczne i „u siebie”.

Teraz to już nie to samo dziecko. Oleńka strasznie mi się tu rozgadała. Po początkowej nieufności stała się takim wesołym, roześmianym dzieckiem. Ponadto odwiedzamy specjalistów, którzy współpracują z Fundacją i dzięki temu mam na bieżąco informację o stanie zdrowia dziecka. Dzięki Bogu, wszystko z córką dobrze.

Uważam, że to wspaniały pomysł, że mamy tutaj dyżury, czyli codziennie same sprzątamy i gotujemy. Przecież w domu też się to robi, to normalne. Dzięki temu dzień ma swój rytm, a i przy tym można się czegoś nauczyć: jak wywabić uporczywą plamę czy jak ugotować gulasz na dwa dni. Każda z nas coś innego potrafi i możemy się od siebie nawzajem uczyć. O gulaszu nie mówię bez przyczyny, najlepszy robi Anka, która mieszka tu od stycznia i jest z zawodu kucharką. Dużo się od niej nauczyłam.

Takie Domy jak nasz są bardzo potrzebne. Ważne jest dla mnie to, że mieszkamy tu bez mężów, partnerów, narzeczonych. To pomaga skupić się na dziecku, które jest najważniejsze. Trzeba jednak dobrze wykorzystać ten czas. Chciałabym się starać o mieszkanie, ale jest to trudne, bo muszę zaczynać kompletnie od zera. Nie chcę wracać do rodzinnej miejscowości, bo to oznacza powrót do dawnego życia. Myślałam też o pozostaniu w Opolu, ale mieszkania są tu znacznie droższe niż tam, gdzie docelowo chciałabym mieszkać. Ważne jest jednak, żeby w końcu pójść do pracy, stanąć na nogi tak w pełni.

Jeszcze kilka lat temu mogłabym powiedzieć, że jestem szczęściarą, bo udało mi się znaleźć na świecie mężczyznę, z którym połączyło mnie szczere i głębokie uczucie. Ta miłość doprowadziła nas do ołtarza i narodzin naszej wspaniałej córeczki. Teraz jednak widzę jak naiwna byłam wiążąc swoją przyszłość z człowiekiem nie stroniącym od alkoholu i od przemocy, który nie miał żadnych oporów przed regularnym wyzywaniem mnie od najgorszych i obrażaniem. Byłam tak zakochana, że przebaczyłam mu wszystko, byle tylko utrzymać rodzinę. To był okropny błąd i każdego dnia muszę się mierzyć z jego konsekwencjami.

Tata Olki widuje się z córką. Zależy mu na kontakcie i ja go nie utrudniam – o ile odbywa się to spotkanie na moich warunkach. Głównie umawiamy się w centrum miasta albo spacerujemy w pobliżu Domu. Mąż za każdym razem kupuje małej ubrania, zabawki. Rozmawiamy o wspólnej przyszłości, bo jesteśmy rodzicami Oli więc musimy się jakoś dogadywać właśnie dla niej. Dla nas już jednak nie ma ratunku i oboje jesteśmy już tego świadomi. Za dużo się działo.

Było to tak, że wcześniej myliłam miłość z uzależnieniem. Bałam się odejść od męża, bo nie wyobrażałam sobie innego życia. On był moją pierwszą wielką miłością, długo chodziliśmy ze sobą, potem był ślub, pojawiła się Olcia… Po szybkiej wyprowadzce z domu rodzinnego nie miałam innego życia. Bałam się życia w pojedynkę, codziennie przekonywałam sobie, że warto wytrzymywać upokorzenie, byleby tylko nie być samotną matką.

Najgorsze było dla mnie to, że zostawałam z całym balastem kompletnie sama. Z moimi rodzicami nie mam kontaktu od lat. Już jako nastolatka obiecywałam sobie, że jak tylko się uda to się wyprowadzę na swoje i nigdy już nie wrócę do tego miejsca, gdzie byłam przez lata poniżana, a które musiało w tym czasie być moim domem…

Pomimo upływu lat wciąż trudno mi opowiadać o niektórych sytuacjach, jakie się wtedy zdarzyły. Nie chcę wracać do przeszłości, ale to nie znaczy, że się na nią kompletnie zamykam. Codziennie się z nimi mierzę, ale już wiem jak to robić, aby nie ranić siebie i wszystkim wokół. Za namową pracowników Domu Matki i Dziecka regularnie uczęszczam na terapię grupową oraz na spotkania indywidualne z psychoterapeutą. Lepiej rozumiem siebie i mogę być też lepszą mamą dla Olci, co jest dla mnie absolutnym priorytetem.

Dni płyną nam tu szybko, każdy dzień ma swoją rutynę, codziennie załatwiam ważne dla nas sprawy, ale pamiętam też o wypoczynku i czasie świątecznym. Niebawem chcę zorganizować Olce chrzciny. Wcześniej, jakoś się nie udawało… Ale chciałabym, żeby poszła do Pierwszej Komunii Świętej, potem do sakramentu Bierzmowania… Może kiedyś weźmie ślub? Oby była szczęśliwa.

O córeczce mogłabym opowiadać bez przerwy. Ma już swoje ulubione powiedzonka i zwyczaje. Ciekawe, że ulubioną zabawką Olki są… ściereczki z mikrofibry! Musi mieć przynajmniej dwie w wózku, a zasypia z ulubioną, taką w muffinki. Ostatnio koleżanka, która przebywa za granicą, pytała co może przywieźć w prezencie dla małej. Od razu powiedziałam, że te ściereczki, najlepiej w różnych kolorach, bo wciąż je piorę i wymieniam, żeby Olusia miała przy sobie czyste. A bierze je wszędzie, więc o zabrudzenie nietrudno! Lubi się w nie wtulać i zasypia zawsze na nich – muszę wcześniej kłaść je na poduszkę. Żadna lalka ani układanka, nic tak nie cieszy jej, jak te ściereczki. Bawi się nimi, czasem mnie naśladuje i próbuje nimi sprzątać, albo robi z nich „ubranko” dla misia!

Poprzez pobyt tutaj nauczyłam się dbać o to, co wszyscy mamy najważniejsze – o swoje zdrowie. Była już u kilku lekarzy na badaniach profilaktycznych, które zaniedbywałam od lat. Na szczęście wszystko jest dobrze. O zdrowie psychiczne walczę nadal. Po wielu latach życia w przemocy, głównie tej słownej, ciężko jest mi wierzyć w siebie i w swoje możliwości. Zarejestrowałam się w Urzędzie Pracy, aby poszukiwać zatrudnienia. Chciałabym też wrócić do szkoły albo przynajmniej zrobić jakiś kurs, który pozwoliłby mi pracować. Mam dużo planów, ale wszystko po kolei. Nie odbuduję tego wszystkiego, co się stało przez lata w kilka miesięcy. To jest proces, który nigdy nie miałby szansy się zacząć, gdyby nie mój pobyt w Domu Matki i Dziecka.

Po wyprowadzce stąd chciałabym jednego… Być bardziej stanowcza. I asertywna. Wzmocnienie tych cech pomoże mi budować szczęście już na własnych zasadach.

Wysłuchała i spisała Sandra Narewska Maj 2018 r.


Facebook Twitter Google+ YouTube
© Diecezjalna Fundacja Ochrony ŻyciaProjekt i realizacja: VIP4u Zarządzanie treścią: PROBETA Program e-pity by e-file