Historia Jagody – mamy Patrycji

Zaszłam w ciążę z moim najlepszym przyjacielem. Po wielu trudach, jakie zgotował mi los, ciąża była dla mnie jak promyk nadziei. Zyskałam nowe siły, ale jednocześnie zrozumiałam, że muszę dokonać wielu zmian w swoim dotychczasowym życiu. Wspólnie z ojcem dziecka postanowiliśmy, że zaczynamy wszystko od nowa, w innym miejscu. Rozpoczęliśmy starania o wspólne mieszkanie, a na czas jego remontu, dla mojego dobra, miałam mieszkać w schronisku dla samotnych matek nieopodal mojej rodzinnej miejscowości.

Nie czułam się tam dobrze. Kuchnia była w piwnicy, w której zawsze było zimno. Non stop chorowałam, a na dodatek ciężko mi było dogadać się z innymi mieszkankami. Dodatkowo wraz z nami mieszkali ojcowie dzieci, koledzy, przyjaciele, przez których byłam czasem zaczepiana. Nie było kontroli nad tym kto wchodzi do placówki, a kto z niej wychodzi. Doszło do tego, że siedziałam już tylko w swoim pokoju i zastanawiałam się co robić. Mogłam wrócić tylko do rodzinnego domu, w którym też nie było dla mnie bezpiecznie, ale ostatecznie uznałam, że nie mam wyjścia. Wybrałam „mniejsze zło” i wyprowadziłam się z tego schroniska na własne żądanie. Wróciłam do domu… i do dawnych koszmarów. Pocieszałam się jednak, że są już oswojone i nie pozwolę się w żaden sposób skrzywdzić.

Oczywiście nikt się nie cieszył z mojego powrotu. Wiedziałam, że w moim domu nie było warunków do życia. Mój tata pije od zawsze. Jest agresywny, a po alkoholu bije moją mamę. Przy jednej z takich „akcji” skoczył i do mnie z łapami. Byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży. Mama natychmiast zadzwoniła na policję i założyła Niebieską Kartę. Dla mnie z kolei to był moment, w którym zrozumiałam, że muszę uciekać i walczyć dalej o bezpieczeństwo swojego dziecka. Dzięki pomocy przyjaciółki znalazłam Dom Matki i Dziecka w Opolu i zaczęłam starania o przyjęcie. Strasznie się bałam, że nie będzie miejsc i utknę na całą ciążę w domu rodziców. Nie mogłam się wprowadzić do ojca dziecka, ponieważ pomieszkiwał tylko u kolegi. Staraliśmy się o wspólne mieszkanie, jednak po otrzymaniu kluczy zobaczyliśmy, że było totalnie zdewastowane i wymagało większych nakładów, niż się spodziewaliśmy. Modliłam się zatem, żeby „wypaliło” Opole. Tak bardzo się bałam o dzidziusia, o to jak znosi te wszystkie nerwowe sytuacje, jak bardzo oboje już potrzebujemy miejsca, gdzie będzie nam cicho i bezpiecznie. W końcu dostałam telefon z wiadomością, że mogę jechać – z ogromną ulgą wprowadziłam się do Domu Matki i Dziecka dokładnie 3 maja 2018 roku.

Mam czwórkę rodzeństwa. Wszyscy dosyć szybko trafiliśmy do Domu Dziecka. Byłam tam kilka lat. Moja starsza siostra wyprowadziła się stamtąd przed osiemnastymi urodzinami – była w ciąży. Młodszą przeniesiono, bo była zbyt zdemoralizowana. Piła, ćpała, nie chciała się uczyć. Mój brat z kolei został zdiagnozowany pod kątem choroby psychicznej. Jedną z przyczyn mogło być notoryczne zrzucanie ze schodów, jakie od dzieciństwa urządzał mu ojciec. Kilka razy został bardzo mocno uderzony w głowę.

A co do Domu Dziecka… To nie był wcale lepsze miejsce od naszego rodzinnego domu. To co tam przeżyłam, a też co widziałam…Zostanie na zawsze w mojej głowie. Najgorsze było to, że czułam się tam strasznie samotna. Nie miałam oparcia w koleżankach, rówieśnicy często byli bardzo agresywni. Trafiały tam dzieciaki z różnych środowisk i ich opowieści też czasem mroziły krew w żyłach. Nie chciałam tam być. Proszę się nie dziwić, że jak tylko nadarzyła się okazja, to stamtąd uciekałam. Do rodziców, gdzie by indziej. Trzeba było się chować przed ojcem, ale było przynajmniej trochę spokoju.

Z tego wszystkiego zaczęłam mieć myśli samobójcze. Uznałam, że przecież nic dobrego mnie nie spotkało i nie warto żyć. Zaczęłam się okaleczać, mogłam dzięki temu wyłączyć myśli i choć na chwilę być w innym świecie. Nastąpiło jednak kolejne zdarzenie… Kolega z klasy próbował mnie zgwałcić. Udało mi się obronić przed napaścią, ale po prostu już nie potrafiłam ocalić siebie samej. Postanowiłam się zabić. Ocknęłam się w szpitalu psychiatrycznym… Potem to się powtarzało, były kolejne szpitale… Zrezygnowałam ze szkoły, bo nie chciałam widywać tego chłopaka. Nikomu nie powiedziałam o tym, co się stało. Długo do siebie dochodziłam, stałam się pełnoletnia… Kiedy mogłam już opuścić szpital to zaczęłam swoją tułaczkę. Mieszkałam trochę u sióstr zakonnych, trochę znów u rodziców, u wujka, potem u jednej koleżanki… Dogadywałyśmy się do pewnego feralnego dnia. Wracałam ze spotkania u sióstr zakonnych, z którymi nadal utrzymywałam kontakt. Była Msza święta, śpiewy, a potem wspólny poczęstunek i paczki świąteczne. Wracałam więc z dwiema wielkimi torbami i nagle stanął przy mnie samochód, w którym siedział chłopak tej koleżanki. Zaproponował, że mnie podwiezie i ja się zgodziłam. Koleżanka widziała z okna jak podjeżdża samochód jej faceta pod blok i ja z niego wysiadam… Uznała, że chłopak ją ze mną zdradza. Koleżanka wyrzuciła mnie na bruk nie słuchając moich wyjaśnień.

Przez kilka nocy spałam na ławkach, na dworcu… Czasem towarzystwa dotrzymywał mi chłopak koleżanki. Był zmartwiony, że tak się potoczyła sytuacja, kupował mi jedzenie i obiecywał pomoc. Rzeczywiście po czterech dniach zabrał mnie do swojego mieszkania i pozwolił w nim tymczasowo mieszkać. Było tam też kilka innych osób, generalnie ciasno, więc kolejnego dnia wyruszyłam pod bramę zakonu, w którym już kiedyś mieszkałam i poprosiłam o przyjęcie. Siostry otworzyły mi bez słowa i otoczyły opieką. Nie mogłam jednak zostać tam długo. Dla zabicia czasu codziennie dużo spacerowałam, a podczas jednego z takich wyjść spotkałam dawną koleżankę z Domu Dziecka. Zmartwiła ją moja sytuacja. Dała mi pieniądze na bilet powrotny do domu i na trochę jedzenia. Znów wróciłam do rodziców.

Los się jednak do mnie uśmiechnął. Poznałam mojego chłopaka. Pierwszy raz byłam szczęśliwa, kochana, akceptowana. Zaszłam w ciążę. Zaczęliśmy planować wspólne życie i po wielu perypetiach trafiłam do Opola. No i teraz jestem tu. Mój chyba pierwszy spokojny przystanek w drodze.

Bardzo dobrze mi się tutaj mieszka, dogaduję się z dziewczynami. Dyżury są tu dobrze pomyślane, jeszcze na początku pobytu pomagałam dziewczynom, a teraz, ze względu na ciążę nie mam żadnych obowiązków, poza dbaniem o siebie i maluszka. Jest mi już ciężko i jednocześnie już tęsknię za moją córeczką. Chcę ją już urodzić, od dawna mam wybrane imię dla małej – to będzie Patrycja. Tata Pati codziennie dzwoni, interesuje się nami, w miarę możliwości nam pomaga, ale dzieli nas spora odległość, więc nie może sobie pozwolić na częste przyjazdy. Czekam na wieści od niego i trzymam kciuki za remont. To jest moje największe marzenie, żebyśmy mogli się w trójkę wprowadzić do nowego mieszkania i układać sobie życie. Podoba mi się Opole, jest nie za duże i nie za małe. Szczególnie lubię fontannę przy pl. Daszyńskiego, często tam odpoczywam po wizycie w przychodni.

Mam jedną pasję: bardzo lubię rysować. Moje pierwsze szkice powstały w podstawówce, wtedy zaczęły mnie fascynować konie, które są do dziś moimi ulubionymi zwierzętami. Rysowałam je codziennie, potem i inne zwierzęta, naturę, w końcu ludzi… Zrobiłam niedawno rysunek, który wisi nad moim łóżkiem: to ja, tata Pati i nasza Malutka. Jesteśmy uśmiechnięci i wokół nas jest mnóstwo serduszek. Bardzo mnie pokrzepia i codziennie długo na niego patrzę. Piszę też wiersze i opowiadania. Nauczycielki w szkole zawsze się nimi fascynowały i moje prace były wysyłane na różne konkursy. Żałuję, że nie zrobiłam żadnej kopii, bo wszystkie moje „dzieła” powstawały odręcznie, więc w jednym egzemplarzu… Dużo w nich było śmierci i smutku. Widać to było też na moich rysunkach. Teraz rzadko sięgam po ciemne barwy i używam raczej jasnych, pogodnych kolorów. Jestem nareszcie szczęśliwa i chcę, aby nasza Pati miała piękne i dobre dzieciństwo. Postaram się o to ze wszystkich sił!

Wysłuchała i spisała Sandra Narewska Lipiec 2018 r.


Facebook Twitter Google+ YouTube
© Diecezjalna Fundacja Ochrony Życia    Zarządzanie treścią: PROBETA