Historia Arlety, mamy Krzysia, Karolci i Maciusia

Kilka miesięcy temu byłam w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Pomyślałam, że utknęłam w martwym punkcie, z którego nie mogę się już wydostać. Byłam zrozpaczona. Nie miałam pojęcia, gdzie szukać wsparcia, nie orientowałam się, czy istnieją placówki pomagające matkom. Z ostatnią nadzieją usiadłam przed komputerem i wpisałam w wyszukiwarkę hasło: „pomoc dla samotnej matki”. Wyświetlił mi się adres i numer, zadzwoniłam od razu. To był mój pierwszy kontakt z Domem Matki i Dziecka w Opolu.

Byłam w ósmym miesiącu ciąży, za granicą. Nie mogłam już pracować, zdawałam sobie sprawę, że potrzebuję miejsca, w którym spokojnie doczekam porodu i urodzę. Nie mogłam liczyć na rodzinę, która całkowicie się ode mnie odwróciła. Nie miałam pieniędzy i warunków, aby pozostać w miejscu, w którym przebywałam. Decyzja o powrocie do Polski była szybka i po załatwieniu formalności dostałam informację, że zostałam przyjęta i mogę przyjechać do Domu Matki i Dziecka. W międzyczasie zorganizowałam już zbiórkę odzieży dziecięcej wśród znajomych na Facebooku. Bardzo dużo osób się odezwało, dostałam trochę ubranek i akcesoriów dla maleństwa. Smutny dla mnie był fakt, że pomagającymi byli w większości obcy ludzie. To jednak oni wyciągnęli do mnie rękę w tym trudnym czasie. To dodało mi otuchy.

Nie miałam żadnych wyobrażeń na temat Domu, ale jak przyjechałam to przeżyłam szok już na wstępie – zdenerwowała mnie zamknięta furtka wejściowa, która jest otwierana dopiero za zgodą pracownika. Mam skłonności do klaustrofobii, więc w tamtej chwili zrobiło mi się duszno na myśl, że nie będę mogła swobodnie sobie wychodzić. Okazało się jednak, że do wszystkiego można się przyzwyczaić i teraz już rozumiem, że to dla naszego bezpieczeństwa. Dziewczyny mieszkające tutaj początkowo podchodziły do mnie sceptycznie, ale to przecież naturalne: nie znały mnie. A ja przecież jestem zwyczajną młodą kobietą i matką, która po prostu znalazła się w takiej chwili życia, że potrzebuje wsparcia materialnego, ale przede wszystkim psychicznego.

Cieszę się, że mamy tutaj w Domu dyżury, to taka fajna opcja, żeby się oderwać od codzienności, bo jak człowiek sprząta, czyści i pielęgnuje to ma głowę zajętą. W domu też przecież codziennie trzeba coś sprzątnąć, pozmywać, obiad ugotować, więc to dla nas taki kontakt z normalną rzeczywistością, która toczy się w każdym domu.

W przeszłości byłam mężatką, jednak związek przetrwał tylko kilka lat. Mój wybranek każdą swoją czy też naszą małżeńską decyzję uzależniał od zdania swojej matki. Myślałam, ze mu to przejdzie, znałam się trochę na charakterze facetów, sama wychowywałam się wśród braci. Ale niestety, było coraz gorzej. Mieliśmy dwójkę dzieci: Krzysia i Karolcię, nie interesował się kompletnie nimi, nie chciał z nami spędzać swojego wolnego czasu. Miałam wrażenie, że decyzja o rozwodzie nawet trochę go ucieszyła. Nasze dzieci przebywają z moją mamą, swoją babcią. Mama blokuje mi relację z nimi, jestem przed rozprawą sądową, która ureguluje mój kontakt z dziećmi i pozwoli mi mieć je przy sobie. Strasznie cierpię wiedząc, że nie mogę teraz przebywać z nimi, zabrać na spacer, nawet porozmawiać z nimi przez telefon.

Wszystko zaczęło się, kiedy trafiłam do szpitala z silnymi objawami depresji. Zmagam się z nią od lat. Po podleczeniu i wypisaniu ze szpitala moja mama nie wpuściła mnie do domu, twierdząc, że dzieci nie mogą mieć nienormalnej matki. Strasznie to przeżyłam i po kilku próbach wejścia do domu i podejmowania rozmów z moją mamą po prostu odpuściłam. Wtedy odezwała się moja dawna, dobra koleżanka. Uznała, że powinnam spojrzeć na wszystko z dystansu i poradziła mi, żebym dała sobie i dzieciom odpocząć od tej sytuacji. Wyjechałam do niej, za granicę. Po krótkim czasie zdobyłam pracę. Pomyślałam sobie, że zarobię trochę pieniędzy i pokażę mamie, że umiem o siebie zadbać i być odpowiedzialna za siebie i dzieci. Czułam się jednak nieco samotna, poznałam przyjaciela. Po jakimś czasie zorientowałam się, że jestem w ciąży. Przyjaciel nie zamierzał się ze mną wiązać na stałe i szybko wyjechał z miasta zostawiając mnie samą z „problemem”. Brzuch rósł, coraz ciężej było mi wstawać rano do pracy. Zaczęło do mnie docierać, że muszę zadbać o moje dziecko, zapewnić mu jak najlepsze warunki, pozwolić urodzić się w spokoju i bezpiecznych warunkach.

Czuję, że jestem teraz na dobrej drodze do zmian. Pobyt tutaj pozwolił mi w końcu poczuć się bezpiecznie i zacząć na nowo organizować swoje życie. Poza tym, że nie martwię się o jedzenie i mieszkanie to mamy tutaj fajne zajęcia aktywizacyjne, są warsztaty dla nas, matek, ale również dla dzieci, podczas których możemy poznać równego rodzaju zabawy i sposoby na wspólne spędzanie czasu. To pomaga nie wpaść w pułapkę monotonii, bo prawie co tydzień coś się dzieje. Cieszę się, bo na najbliższe miesiące zaplanowanych jest dla nas, mieszkańców Domu, kilka wycieczek, m.in. do ZOO, do muzeów. Jestem bardzo ciekawa jak to będzie, bo w większości miejsc tego typu nigdy nie byłam.

Moje marzenia jest proste: mieć przy sobie wszystkie moje dzieci. Myślę, że dobrze byłoby nam za granicą, tam gdzie byłam wcześniej. Umiem pracować i zadbałabym o nas. Wiem jak się starać o mieszkanie, o dokumenty, z czasem urządzilibyśmy się. Dzieci byłyby dwujęzyczne, to byłby dla nich dobry kapitał na przyszłość. Co wieczór przed snem wyobrażam sobie, że już tam jesteśmy, że jemy rano śniadanko, chodzimy na spacery, bawimy się. Wierze, że kiedyś będę zasypiać ze świadomością, że to marzenie stało się rzeczywistością.

Wysłuchała i spisała Sandra Narewska Czerwiec 2016 r.



Facebook Twitter Google+ YouTube
© Diecezjalna Fundacja Ochrony ŻyciaProjekt i realizacja: VIP4u Zarządzanie treścią: PROBETA