Historia Agaty, mamy Łukasza, Natalki i Filipa

Pochodzimy z małej miejscowości. Mieliśmy swoje gospodarstwo, duży dom, ziemię pod uprawę. Wokół tylko lasy i pola. Było to miejsce specyficzne. Każdy o każdym wiedział, bardzo ważne było „pokazanie się”, czy w kościele, czy podczas lokalnych uroczystości. Mimo tego, że informacje o życiu prywatnym sąsiadów krążyły po wiosce to nikt nie interweniował w przypadkach przemocy w rodzinie. Chyba chodziło o to, że każdy w swoim domu sam decyduje co jest dobre, a co złe. W naszym było bardzo źle.

Mojego męża poznałam jeszcze w szkole średniej. Po maturze wybrałam się na studia. To była pedagogika, chciałam na tym kierunku „przeczekać” rok, bo marzyłam o prawie administracyjnym, a ten kierunek miał być otwarty w nowym roku akademickim. Sama zarabiałam na swoje utrzymanie, harowałam czasem po szesnaście godzin, ale udawało mi się wszystko połączyć. Byłam szczęśliwa, że się rozwijam. Posiadając dodatkowo swoją „drugą połowę” czułam, że niczego mi już nie brakuje. Po dwóch latach spotkań, i randek wzięliśmy ślub. Byłam zakochana, wkrótce miał się urodzić Łukasz, a ja pomimo ciąży miałam szansę zaliczyć sesję letnią i tym samym zdać na drugi rok studiów. Czy mogło być piękniej? Dodatkowo mój wtedy jeszcze przyszły mąż zadeklarował, że pomoże mi w kontynuacji studiów. Po ślubie potwierdził te słowa, dodał jednak, że to na mojej głowie leży opieka nad synem i opłaty za studia… Byłam załamana, tak bardzo chciałam się uczyć. Ale wytłumaczyłam sobie, że dla dobra dziecka powinnam być w domu. Tak bardzo wierzyłam wtedy, że stworzymy szczęśliwą rodzinę…

Początki naszego małżeństwa były dobre, ale nie idealne. W naszym domu mieszkali także rodzice męża, myślałam więc, że wszystko się ułoży pomyślnie, że będziemy mieli wsparcie. Z czasem zaczęłam odkrywać mroczną stronę osobowości mojego męża jak i teściów. Jego upór, pycha, zarozumiałość szybko ewoluowały w jeszcze gorsze cechy. Wkrótce uderzył mnie po raz pierwszy. Byłam tak zaskoczona, że nie zareagowałam.

Rodzice męża nigdy mnie nie zaakceptowali. Byli bezwzględnie wpatrzeni w syna i nie chcieli widzieć naszej krzywdy. Krytykowali wszystko: mój wygląd, moje metody wychowawcze. Nic im się nie podobało. Mąż, który był również po ich stronie w ten sposób tylko się umacniał w sprawowaniu „władzy” nad nami. Byli od siebie totalnie uzależnieni. Ja byłam winna wszystkiemu, co złe. Jeśli mąż mnie uderzył to była również moja wina. Zresztą często słyszałam, że tak we wszystkich związkach się dzieje i jestem nienormalna, że się po prostu czepiam. Czułam, że żyję w jakimś chorym świecie. Myśl o ucieczce z dziećmi była częsta. Ale to nie było takie łatwe: uwolnić się. Nie miałam telefonu, a jeśli jakiś udało mi się go „przemycić” to po krótkim czasie był mi odbierany i niszczony. Byłam zastraszana, bita, poniżana. Co gorsze mąż groził, że zabierze mi dzieci, a tego bałam się najbardziej. Wierzyłam jednak, że może to zrobić: w końcu to on pracował, miał dom, samochód. Wiecznie powtarzał, że nic do mnie nie należy.

Mąż wymagał ode mnie bezwzględnego posłuszeństwa. Jeśli uważał, że nie byłam mu wystarczająco posłuszna to dostawaliśmy z dziećmi tzw. „kary głodowe”. Po prostu nie dostawaliśmy jedzenia. Trudno sobie teraz wyobrazić. Dzieci były głodne, mówiły tylko o tym, żeby coś zjeść. Organizowałam posiłek z czego się da: najczęściej miałam mąkę i wodę. Mieszałam je z sobą, smażyłam, jak był cukier to nim posypywałam całość. Takie niby-naleśniki. Moje dzieci do dzisiaj nie cierpią naleśników. Były również takie momenty, że mąż kupował ogromne ilości jedzenia po czym… wynosił je do rodziców. Dbał o to, żeby głodne dzieci widziały słodycze, ulubione owoce. To była kolejna forma znęcania się nad nami.

Mąż decydował o tym co mam ubrać, z czasem sam zaczął kupować mi ubrania, twierdząc przy tym, że nie mam pojęcia o dobrym guście i najpewniej roztrwonię jego pieniądze. Zresztą wcale nie był chętny, aby cokolwiek nam kupować. Największe „szanse” na coś nowego mieliśmy z dziećmi w okolicach świąt. Wtedy wiedziałam, że coś dostaniemy. Nie dlatego, żeby nas ucieszyć, lub żeby sprawić nam miły prezent. Chodziło o to, żeby na zewnątrz wyglądać dobrze, jak normalna rodzina, którą oczywiście nie byliśmy… Mąż stopniowo uniezależniał mnie od siebie. Z czasem z szeregu decyzji podejmowanych przez nas wspólnie nie zostało już nic. Nasze życie małżeńskie i rodzinne nadzorował on. Nie miałam własnych pieniędzy i części dokumentów. Spałam z portfelem pod poduszką, żeby „w razie czego” mieć pod ręką chociaż dowód osobisty i prawo jazdy. Musiałam być zawsze przygotowana na najgorsze, bo mąż od czasu do czasu wyrzucał mnie i dzieci z domu.

Zdarzyło się to dokładnie osiem razy, nie pamiętam jednak kiedy się zaczęło. Przy kłótniach mąż często tracił nad sobą panowanie, bił mnie i dzieci, wyzywał od najgorszych. Wtedy uciekałam do moich rodziców i do znajomych. Po kilku dniach wracaliśmy i wszystko było normalnie. Do czasu kolejnego ataku.

Jeden z wieczorów szczególnie zapadł mi w pamięć. Byłam w ciąży z Natalką, mąż wrócił późno i sprowokował sprzeczkę. Myślałam, że jakoś go uspokoję i położymy się wszyscy spać. Niestety, mąż się tylko „nakręcał” całą sytuacją, aż w końcu, z furią w oczach, zrzucił mnie ze schodów, a potem kopnął w brzuch. Wystraszyłam się o życie Natalki i nie wiedziałam co mam robić: czy dzwonić po pogotowie czy też spakować kilka rzeczy, zaryzykować dźwiganie w moim stanie i jechać do rodziców. To było straszne, teraz ciężko mi to sobie wyobrazić. To nie był jednak koniec upokorzeń, nasze życie było swoistym pasmem nieszczęść. Z czasem dowiedziałam się, że mąż nie jest mi wierny. Długie wyjazdy, późne powroty do domu, z czasem sms-y o dwuznacznej treści od różnych kobiet… Kiedy zapytałam jaka jest prawda to mąż się przyznał. Bez wstydu, ot tak, po prostu potwierdził moje przypuszczenia. I wrócił do swoich prac. Nic go nie obchodziły moje uczucia. Z czasem przekonałam samą siebie, że to chyba dobrze, bo dzięki temu byłam częściowo zwolniona z „obowiązków małżeńskich”, do których mąż mnie zmuszał nie bacząc na moje protesty i prośby, nawet na to, czy dzieci są w pobliżu. Byłam jego własnością i miałam spełniać jego zachcianki. Zawsze i wszędzie.

Do Domu Matki i Dziecka przyjechaliśmy w listopadzie 2013 roku. Wcześniej nie miałam pojęcia, że takie miejsca istnieją. Powiedziała mi o nich koleżanka. Pamiętam, że stając w progu naszego pokoju byłam załamana. Przyzwyczajona do dużego domu i przestrzeni, nagle miałam zamieszkać z trójką dzieci w jednym pomieszczeniu. Po kilku dniach wszystko sobie poukładałam, zarówno w szafkach jak i w głowie. Od czegoś trzeba zacząć nowe życie, a Dom dał mi właśnie taką możliwość.

Jedna z pań współpracujących z Domem zapytała mnie kiedyś co by było, gdyby mąż mnie przeprosił, poszedł na leczenie, obiecał, że tym razem będzie inaczej… Czy bym wróciła? Czy dopuszczam do siebie w ogóle takie myśli? Cóż, nawet przebywając tutaj zdarza mi się myśleć o życiu, które porzuciłam. Przecież to są lata życia w określonym schemacie, umysłem rządzi przyzwyczajenie. Wracam do tamtych chwil, ale już w innym kontekście. Nie rozumiem jak mogłam dopuścić do takich sytuacji, jak mogłam tak długo narażać siebie i dzieci na strach, przemoc, upokorzenia. Było źle, nie ma możliwości powrotu, nie przeżyłabym tego horroru ponownie. Za dużo już było niespełnionych obietnic i dni i nocy w strachu. Zapłaciliśmy ogromną cenę i wiem, że do końca życia ten kawałek naszej przeszłości będzie wracał, zarówno do mnie, jak i do dzieci. Są po prostu takie wydarzenia, których nie można wymazać z pamięci.

Mam jeszcze z mężem wiele nieuregulowanych spraw, ale z pomocą pracowników Domu coraz lepiej sobie z nimi radzę. Wiem, że muszę bezwzględnie odciąć się od niego, że nie mogę pozwolić, żeby moje dzieci jeszcze raz przeżywały to piekło. W tej chwili priorytetem jest rozwód i uzyskanie alimentów na dzieci. Myślę też o pójściu do pracy, o wynajęciu mieszkania. Droga do usamodzielniania się miała swój początek właśnie tutaj. Ze wsparciem moich rodziców, na których zawsze mogłam liczyć wierzę, że będę nią dalej podążać.

Ten Dom dał mi schronienie i spokój. Czuję, że jesteśmy tu bezpieczni. Jest ciężko, szczególnie wtedy, gdy dzieci w swoim zachowaniu przemycają wyrażenia i postawę swojego ojca. Dzięki opiece psychologa i specjalistów każdego dnia pracujemy nad tym. Chcę, by miały szczęśliwe dzieciństwo i dobry dom. Jest jeszcze we mnie dużo strachu, ale jednocześnie czuję się tak silna jak nigdy przedtem.

Wysłuchała i spisała Sandra Bielska Marzec 2014 r.


Facebook Twitter Google+ YouTube
© Diecezjalna Fundacja Ochrony ŻyciaProjekt i realizacja: VIP4u Zarządzanie treścią: PROBETA