Historia Hanny, mamy Michałka i Maćka

Do Domu Matki i Dziecka przyjechałam z synami 15 grudnia 2012 roku. Najpierw byliśmy w innej tego typu placówce, lecz ze względu na tragiczne warunki mieszkaniowe, jakie tam panowały, po dziesięciu dniach (dzięki pomocy Opieki Społecznej), mogliśmy się stamtąd wyprowadzić. Ośrodki tego typu mieszczące się w naszym regionie były przepełnione i sytuacja wydawała się być nie do rozwiązania. A ja już nie miałam wyboru. Z miejsca zamieszkania uciekłam, nie mogłam i nie chciałam już tam wracać z dziećmi. Byłam na skraju załamania i wtedy dowiedziałam się, że zwolniło się miejsce w Domu Matki i Dziecka w Opolu. To była dla mnie ogromna szansa.

Zanim się wprowadziłam do Domu już wiedziałam, że panują tam bardzo dobre warunki mieszkaniowe. Wcześniej była tu moja koleżanka i to ona mi o tym opowiedziała. Kiedy już zwiedziłam wszystkie kąty pomyślałam, że chyba trafiłam do raju. Szczególnie urzekły mnie barierki zabezpieczające dzieci przed samodzielnym wejściem na schody. Dotarło do mnie, że w końcu jestem z synami w miejscu, gdzie nic nam nie grozi.

Aklimatyzacja zajęła mi około tygodnia. Po tym czasie zaczęłam częściej wychodzić z pokoju, zapoznawać się z innymi mamami łapać ponownie kontakt ze światem. Moim dzieciom oswojenie się z nowym miejscem przyszło nieco trudniej. Nie mogłam nigdzie się ruszyć bez dzieci, a to dlatego, że panicznie bały się obcych. Mój partner nie pozwalał, żeby ktokolwiek nas odwiedzał, stąd więc u chłopców ta ogromna niechęć i strach. Starszy syn, Michał, dopiero po miesiącu zaczął bawić się z innymi dziećmi, a młodszy, Maciuś, był zbyt malutki, żeby stanowić kompana do zabaw.

Synowie, z którymi tutaj przebywam , to nie jedyne moje potomstwo. Mam jeszcze dwóch starszych synów, już samodzielnych, z pierwszego małżeństwa. Mamy świetny kontakt, bardzo mnie wspierają, często rozmawiamy na Skype. Mieszkają, podobnie jak mój były mąż, za granicą. Wszyscy trzej ofiarują nam pomoc, od byłego męża dostaję wsparcie materialne. Starsi synowie mają mi za złe, że tak długo zwlekałam z decyzją o odejściu od partnera. Choć w moim przypadku właściwym określeniem byłaby „ucieczka”, bo pakowałam nasze rzeczy pod jego nieobecność i uciekłam z chłopcami na noc do koleżanki.

O odejściu od partnera myślałam już od dawna, on też o tym wiedział, ale oczywiście nie wierzył, że go zostawię. W końcu zrozumiałam, że nadszedł ten czas. Będąc w ciąży z młodszym synkiem musiałam wychodzić na dwór i przygotowywać drzewo na opał, piłam wodę z kranu bo nie było nic innego do picia… Jeśli nie było chleba w domu to musiałam czekać aż partner wrócił z pracy i mogliśmy coś zjeść. Nie interesowało go, że dziecko jest głodne, że nam zimno, że jestem zmęczona i chciałabym, żeby choć na chwilę pomógł mi w opiece nad naszym synkiem. Żeby pokazać swoją dominację bił mnie, dusił, wyzywał i poniżał . Źle również odnosił się do naszego syna i to bolało mnie najbardziej. Ten maluszek niczemu nie był winny, a wychowywał się w agresji i wiecznej niepewności.

Teraz rozumiem znaczenie powiedzenia: „miłość jest ślepa”. Byłam notorycznie oszukiwana przez partnera, bo w naszym związku nie było szczerości. Dawałam mu mnóstwo szans, wierzyłam w jego przemianę, w obietnice poprawy, w lepsze życie. Tymczasem nic się nie zmieniało, poza układem siniaków na moim ciele. Związek to partnerstwo, tymczasem w moim to mężczyzna był bezwzględnym panem, który, za poradą kolegów „wychowywał” swoją kobietę. Jak? Oczywiście pięściami. Często wzywałam policję, bywało, że przyjeżdżała do nas co dwa dni. Nic to jednak nie dawało. On się uspakajał, otwierał drzwi i ze śmiechem pytał funkcjonariuszy po co przyszli. Mnie zaś bił tak, żeby nie było widać. Nigdy go nie zabrali ze sobą na komisariat. Mieliśmy założoną Niebieską Kartę, odwiedzał nas kurator. Już po ucieczce, kiedy byłam na policji wszyscy dziwili się, że mimo tak wielu wezwań policji partnera nigdy nie wzięli ze sobą.

Mój były partner miał dwa oblicza. To był istny kameleon. Miał wielu wpływowych znajomych i strasznie bał się utraty reputacji. Uchodził za grzecznego, miłego człowieka, nikomu nie przychodziło do głowy, że we własnym domu gotował najbliższym piekło. Nic go nie interesowało, po powrocie z pracy brał ciepłą kąpiel, którą miał dzięki temu, że ja wcześniej narąbałam drewna i napaliłam w piecu. Już będąc tutaj próbowałam się z nim skontaktować. Prosiłam o pieniądze na leki dla synów. Myślałam, że po tym wszystkim chociaż tyle zrobi. Ale gdzie tam. Przeszło bez echa. W sądzie partner podważał moje zeznania, twierdził, że większość historii , które opowiedziałam to moje urojenia. Proponował mi również, żebyśmy się pogodzili. Wykluczam jednak taką możliwość, bo po tym wszystkim, co spotkało mnie i dzieci nie ma do czego i do kogo wracać. I dlatego cieszę się, że jestem tutaj, w Domu Matki i Dziecka.

Podoba mi się organizacja tego miejsca. Przede wszystkim nie jesteśmy pozostawione wyłącznie same sobie. Każda z nas ma wyznaczone dyżury, dzięki którym mamy wpływ na czystość w naszym Domu. Dyżur ma też inną zaletę – pozwala choć na chwilę wyłączyć myślenie i odgonić wspomnienia. Sprzątając czy też gotując skupiam się na tej czynności i daję odpocząć głowie. Kiedy siedzi się w pokoju z dziećmi myśli atakują, ciągle wraca się do tych samych pytań typu: „Dlaczego tu jestem?” lub „ Co czeka mnie i dzieci?”. A jak się człowiek weźmie za sprzątanie to ma poczucie, że się robi coś dobrego dla wszystkich. Inne mamy śmieją się mówiąc, że mi dyżur nie wystarcza i muszę do tego zrobić jeszcze kilka innych rzeczy. Takim już typem kobiety jestem, że lubię działać, być w ruchu. Zdaję sobie sprawę, że jeśli wrócę do pokoju to będę się ponownie zastanawiać nad sensem wszystkiego i płakać. Czasem człowiek czuje w sobie taką rozpacz, że łzy same lecą.

Staram się pomagać innym mamom jak mogę. Jeśli któraś musi odprowadzić dziecko do szkoły czy przedszkola to ja zawsze chętnie zajmę się tymi młodszymi, które zostają w domu. Moje maluszki wstają bardzo wcześnie i z tego powodu jestem na nogach pierwsza. Lubię dzieci i potrafię sobie tak zorganizować czas, żeby mieć go i dla nich i dla siebie.

Podobają mi się zajęcia, które są tu dla nas – matek prowadzone: mamy lekcje szycia, spotkania ze specjalistami, sponsorzy fundują nam też wyjścia do kina. Dzięki temu możemy psychicznie odpocząć i oderwać się na chwilę od codzienności i jej obowiązków. Nie myślimy o przeszłości, czekających nas rozprawach, problemach zdrowotnych, mieszkaniowych, finansowych, które każdej z nas dotykają.

Do naszego Domu przychodzą wolontariusze, którzy zajmują się dzieciakami, kiedy jesteśmy zajęte bądź gdzieś wychodzimy. Dla maluchów to frajda, bo mają zorganizowany wspaniale czas, podczas którego świetnie się bawią. Malują, lepią z plasteliny, słuchają muzyki, tańczą, a o wszystkim później długo opowiadają. Cieszę się, że i moje dzieci mają taką swoją małą przestrzeń, że mogą oswoić się z innymi ludźmi. Patrząc na to, jakimi zalęknionymi istotkami byli wcześniej, widać w nich dużą zmianę na lepsze. Aż serce z rośnie z tej radości.

Niektóre mamy mówią mi, że okiełznuję tutaj największych złośników. Coś w tym chyba jest. Sama nigdy nie stosowałam kar cielesnych i wierzę, że bez tej metody można nauczyć dziecko dobrego sprawowania. Zamiast krzyczeć wolę z taką małą marudą usiąść i przeczytać na głos bajkę. Uważam, że za dużo jest agresji w świecie i to my, dorośli musimy pokazywać dzieciom, że można bez niej funkcjonować. No a czytanie bajek to taki czas, kiedy dzieci mogą się przytulić, wyciszyć, odpocząć. A potem, już ze spokojem, znów wrócić do zabawy.

Myślę, że takich Domów jak nasz, powinno być więcej. Wiem, że problem przemocy w rodzinie jest dużo większy i jest mnóstwo kobiet, które nie wiedzą co zrobić, kiedy znajdą się w takiej sytuacji. Przybycie do miejsca jak nasz Dom to tylko jeden z przystanków na drodze do marzeń, ale warto tu być, bo można zrobić w końcu porządek z życiem. Przecież każdy nowy dzień to nowa nadzieja. Mój rytm dnia wyznaczają mi moje bąbelki. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Po tym wszystkim co przeszłam pozostaje we mnie ogromna wiara, że będzie już tylko lepiej.

Wysłuchała i spisała Sandra Bielska, grudzień 2013


Facebook Twitter Google+ YouTube
© Diecezjalna Fundacja Ochrony ŻyciaProjekt i realizacja: VIP4u Zarządzanie treścią: PROBETA