Historia Gabrieli, mamy Daniela

Gdy opowiadam moją historię to nie każdy mi wierzy. Dowiedziałam się w siódmym miesiącu ciąży, że… jestem w ciąży. Miałam regularne miesiączki, trochę przytyłam – co się przecież zdarza kobiecie, więc nie wpadłabym na to, że mogę nosić pod sercem dziecko. Uwagę zwrócili mi znajomi zaniepokojeni zmianą mojego wyglądu i to ich sugestie sprawiły, że postanowiłam zrobić test ciążowy. Kiedy wynik okazał się pozytywny nie wiedziałam co począć. Byłam w dość skomplikowanej sytuacji życiowej, a teraz… dziecko? Od początku jednak wiedziałam, że urodzę. I to myśl o tym, aby donosić ciążę w spokoju i urodzić sprowokowała mnie do natychmiastowego szukania pomocy. Kiedyś słyszałam o takiej instytucji jak Dom Matki i Dziecka w Opolu i swoje pierwsze kroki chciałam skierować właśnie tutaj. Pomyślałam, że jeśli nie będzie można mnie przyjąć to przynajmniej zostanę pokierowana do instytucji, które mi pomogą. I nie myliłam się!

Najpierw pojechałam do miejscowego Ośrodka Interwencji Kryzysowej, skąd zadzwoniłam do Domu Matki i Dziecka, aby zapytać o możliwość przyjazdu i pobytu. Pierwsze moje myśli w tej nowej sytuacji były takie: no dobra, urodzę dziecko i będę musiała je oddać, bo nie dam sobie rady. Wszystko jednak zmieniło się, kiedy poczułam pierwsze ruchy „młodego”. Zrozumiałam, że muszę zrobić wszystko, żebyśmy byli razem. Wiedziałam, że ośrodek jest prowadzony przez siostry zakonne, ale nie miałam z tym problemu. Trochę byłam uprzedzona do wczesnej pory odprawiania „domowej” Mszy Świętej, ale ostatecznie przecież wszystko można pogodzić.

Przyjechałam do Domu Matki i Dziecka 4 marca 2013 roku. Bardzo dobrze pamiętam ten wieczór, kiedy się wprowadzałam. Wchodzę, witam się z siostrami, idę obejrzeć pokój, łazienki, a na końcu schodzę do kuchni. Tam czekała na mnie Ela, jedna z mam i pyta mnie, czy jestem głodna. Odpowiedziałam, że coś bym zjadła, na co ona stawia przede mną pełny talerz i nakazuje: „jedz, bo to dla dobra dziecka”. Posłusznie zabrałam się do jedzenia, bo na widok leżących na talerzu udek z kurczaka od razu zgłodniałam. To takie fajne wspomnienie.

Nie byłam ofiarą przemocy fizycznej. Mój partner nigdy nie podniósł na mnie ręki. Muszę jednak przyznać, że dosyć często mnie obrażał, a swoimi obelgami skutecznie zaniżał moje poczucie wartości. To bolało. Mojemu partnerowi nie chciało się pracować, był leniwy, nie dawał mi poczucia bezpieczeństwa. Z czasem popadał w lekkie paranoje, oskarżał mnie o zdradę, wysyłał mi bzdurne SMS-y. Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, stało się dla mnie jasne, że nie chcę już dłużej tego związku ciągnąć. To był impuls do zmian, na które w głębi duszy czekałam już od dawna. Odeszłam od niego i od tamtego życia. Po raz kolejny w moim życiu zaczęłam wszystko od nowa.

Jestem osobą kontaktową, otwartą i myślę, że dzięki temu udało mi się tutaj szybko zaaklimatyzować. Sama do dziewczyn podchodziłam, zagajałam. Szybko nauczyłam się tutejszego rytmu dnia i było mi łatwiej. Bardzo lubię gotować i spełniam kulinarne fantazje na swoich dyżurach w kuchni. Podczas jednego z obiadów, które przypadały przed Wielkanocą, usłyszałam od koleżanki: „zrób nam jeszcze święta i możesz iść rodzić”. Długo się z tego śmiałyśmy, ale faktycznie, święta „zrobiłam”!

Dzień porodu był szalony. Pamiętam, że strasznie bolał mnie ząb i próbowałam ulżyć sobie w cierpieniu na wszelkie możliwe domowe sposoby. Ze skwaszoną miną poszłam na rutynową wizytę do pani położnej, która stwierdziła, że jest „spokój” i na pewno dziś nie będę rodzić. Kilka godzin później przywitałam mojego synka na świecie. Poród był błyskawiczny, nie pamiętam bólu, wspominam jednak ze śmiechem, że po akcji porodowej krzyknęłam do położnej: „ząb mnie przestał boleć!”. Po czym zasypałam personel pytaniami o zdrowie mojego synka. Poczułam dużą ulgę, kiedy usłyszałam, że wszystko jest OK.

Powrót ze szpitala do Domu to też jeden z momentów, o których będę pamiętać chyba do końca życia. Wszyscy na mnie czekali, robili zdjęcia synkowi. Już podczas przebywania na oddziale dostawałam mnóstwo telefonów od matek z zapytaniami o samopoczucie, o nasze zdrowie. Było mi bardzo miło.

Mam trochę „mroczną” przeszłość, po prostu popełniłam w młodości kilka błędów. W pewnym momencie swojego życia trochę się zagubiłam i „pomógł” mi w tym alkohol. Ale… to już jest za mną. Dotknęłam dna i myślę, że odbiłam się od niego na zawsze. Przez różne takie okoliczności straciłam trójkę dzieci. Jestem pozbawiona całkowicie praw rodzicielskich do dwojga z nich, jedno przebywa z ojcem, no a Daniel, czwarty, jest ze mną. Wiem, że trochę w życiu nawaliłam, ale jednocześnie mam pewność, że wszystkie moje dzieci są pod dobrą opieką. Jestem z nimi w kontakcie, odwiedzam tak często jak tylko mogę. Boli mnie to, że nie mogę mieć wszystkich przy sobie, ale z drugiej strony rozumiem, że nie mam prawa wyrywać ich ze swoich środowisk i to dla ich dobra muszę teraz pozostać z boku.

Tu jest dobrze. Wiadomo – najlepiej w domu, ale jak się nie ma tego prawdziwego domu w tak ważnym momencie jak ciąża? Udało mi się już pozałatwiać takie sprawy, na które nie miałam czasu przez ostatnie dziesięć lat. Tu jest bardzo dobra opieka, nie tylko sióstr ale i całej reszty kadry. Mam świadomość, że nie mogę przebywać tutaj wiecznie, dlatego już myślę o życiu poza murami Domu. Ciężko u mnie z mieszkaniem, bo nie mogę liczyć na rodzinę, ale i tutaj z pomocą przychodzą przyjaciele. Wiem, że na starcie będą mnie wspierać, tak długo dopóki nie znajdę sobie pracy i nie zorganizuję własnych czterech kątów. To mnie podnosi na duchu, że jest jednak jakaś nadzieja, że dam sobie radę w świecie, który czeka za progami naszego Domu.

Mam wsparcie przyjaciół, wąskiego grona osób, które są mi życzliwe i cały czas nas dopingują. Ich obecność dużo dla mnie znaczy. Kiedy dowiedzieli się, że jestem w ciąży ucieszyli się, zaczęli starać się o ubranka, wózek, aż sama byłam zaskoczona ich entuzjazmem i chęcią do pomocy. Często dzwonią, dopytują o samopoczucie. Mogę się wtedy wygadać, czasem trochę pożalić i po każdej takiej rozmowie jest mi dużo lżej na sercu.

Mój synek dobrze się tutaj czuje. Jest taki spokojny i grzeczny, że aż sama nie mogę się nadziwić. Teraz sobie śpi, jest pod opieką jednej z mam. Bo to tak jest, że my pomagamy sobie prawie we wszystkim. Zajmowanie się dziećmi, robienie jedzenia, sprzątanie, robimy też sobie kawę, wyskoczymy na szybkiego papierosa. Dobrze się tu wśród nich czuję, naprawdę nie ma na co narzekać. Jest jednak coś, co mnie wkurza – to jak widzę dziewczyny – matki, które są maltretowane przez facetów i jednocześnie ślepo w nich zakochane. Nie patrzą na dobro swoich dzieci, myślą tylko o swoich oprawcach, których zawsze tłumaczą z agresji. Nie reagują na żadne prośby, nie chcą dać sobie pomóc a co gorsza – nie pozwalają pomóc swoim dzieciom. Miałyśmy tutaj taki przypadek. Ile to się nagadałyśmy, natłumaczyłyśmy! Nie jest nam obojętny los drugiej. Jesteśmy nie tylko współlokatorkami, ale też bliskimi koleżankami, a także po prostu kobietami mającymi bardzo podobne doświadczenia. Dzielimy się nimi, radzimy sobie, nawzajem próbujemy sobie pomóc. Nie jesteśmy sobie obojętne. Szczera rada koleżanki, która przeszła przez piekło przemocy i zdołała się z niego wyrwać znaczy czasem więcej niż jakakolwiek terapia.

Myślę, że teraz jest dobry moment, żeby ułożyć sobie życie na nowo. Wierzę, że mam w sobie taką siłę, żeby zbudować sobie i dziecku szczęśliwy dom. Chwała księdzu, siostrom i wszystkim innym za ten Dom. To nie jest kolejna placówka, która obiecuje pomoc, lecz miejsce, gdzie realnie się jej udziela. Tutaj każdy się stara o to przysłowiowe „lepsze jutro”. Gdyby nie nasz Dom ponownie straciłabym szansę na bycie matką. Teraz, kiedy patrzę w ufne oczy mojego synka to wiem i rozumiem, że nie mogę i nie chcę go zawieść.

Wysłuchała i spisała Sandra Bielska, wrzesień 2013


Facebook Twitter Google+ YouTube
© Diecezjalna Fundacja Ochrony ŻyciaProjekt i realizacja: VIP4u Zarządzanie treścią: PROBETA