Historia Edyty, mamy Pawełka, Marty i Kasi

Nasza rodzina składała się z pięciu osób: mnie, Krzysztofa i naszych dzieci: Pawełka, Marty i Kasi. Teraz to już przeszłość, po dwunastu latach odeszłam od męża i próbuję ułożyć sobie życie na nowo. Historia naszej rodziny pełna jest ciemnych kart, zakropionych alkoholem i nieustającymi awanturami… Mieliśmy w domu wiele interwencji policji. Przy jednej z ostatnich męża zawieziono do Izby Wytrzeźwień. Kłótnia była ogromna, bo był pijany. Rano wypuszczono go i poszedł do pracy. Zadzwonił do mnie stamtąd i poprosił o kanapki. Przyniosłam mu je i osłupiałam. Pił piwo. W pracy! Poza tym poinformował mnie, że szuka mieszkania go wynajęcia, a z tego, w którym żyliśmy z dziećmi rezygnuje… Kiedy zapytałam co z naszą rodziną, gdzie się podziejemy, odrzekł, że mogę sobie iść do swoich rodziców. Tak też zrobiłam – spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i natychmiast udałam się do mieszkania mojej mamy. Przyjęła nas w tej kryzysowej sytuacji, nie pierwszy raz zresztą. Postanowiłam zostawić dzieci pod jej opieką i wrócić po resztę rzeczy. Zastałam męża w domu. Był kompletnie pijany, płakał, robił mi wyrzuty, że zostawiam go teraz z całą masą długów, samotnego… Tak, jakby nie pamiętał, że kilka godzin wcześniej zupełnie nie interesował się naszym losem. W tym samym dniu poszłam do PCPR-u, powiedziałam jaka jest sytuacja, że nie mam się gdzie podziać, bo przecież u rodziców wiecznie mieszkać nie mogłam. Pani z tego ośrodka zaproponowała mi placówkę, gdzie można zatrzymać się przejściowo. Poinformowała mnie, że w moim przypadku to będą dwa tygodnie, bo nie ma funduszy na dłuższy pobyt. Zgodziłam się. Następnego dnia udałam się do kuratora mego męża (którego miał ze względu na swój pobyt w więzieniu w przeszłości) żeby poinformować go o zaistniałej sytuacji. Po tej wizycie wróciłam jeszcze do mieszkania zabrać to, co pozostało, jakieś zabawki, sprzęty, których nie dałam rady wziąć przy wcześniejszych okazjach. Dzień później miałam już być zakwaterowana z dziećmi we wspomnianym ośrodku. Mąż był w domu, trzeźwy, mieszkanie posprzątane… Zaczął mnie błagać na kolanach o przebaczenie, obiecywał, że wszystko się zmieni… No i zgodziłam się. Teraz wiem, że był to wielki błąd, wtedy jednak myślałam, że naprawdę zmądrzał i chce wszystko naprawić. Moja mama nie była zadowolona z tej sytuacji, próbowała mnie przekonać, że Krzysztof nigdy się nie zmieni i że znów wrócę z płaczem. Postawiłam na swoim i pełna wiary w lepsze jutro wróciłam z dziećmi do męża. Nasz najstarszy syn, Paweł jest bardzo zżyty z ojcem, pomyślałam więc że przez wzgląd na dzieci trzeba spróbować jeszcze raz… Mąż poszedł na leczenie, ja też chodziłam na spotkanie z terapeutą, chciałam wiedzieć jak rozmawiać z mężem, jak się zachowywać, kiedy jest na głodzie alkoholowym, pomóc mu. Przez jakiś czas faktycznie przestał pić. Potrafił leżeć całymi godzinami przed telewizorem i nic nie robić. Denerwowało mnie to, ale z wiedzy wyniesionej z terapii wiedziałam, że należy go tak zostawić. Ćwiczyłam się więc w mojej cierpliwości i cieszyłam każdym dniem bez wódki. Co prawda prawie nie rozmawiałam z mężem, ale myślałam, że to etap przejściowy, że się wszystko ułoży. Walczyłam o tę rodzinę ze wszystkich sił. Niestety, sielanka nie trwała zbyt długo…

Krzysztof miał dobrą pracę, był fachowcem. Jego pensja była całkiem spora, do tego dochodziły talony na święta, paczki dla dzieci… Ale co z tego, kiedy trzy dni po wypłacie mąż nie miał już pieniędzy. Wszystko było mniej ważne niż alkohol, w piciu widział sens swego życia. Wódka regularnie niszczyła jego i naszą rodzinę. Pod wpływem alkoholu zmieniał się nie do poznania. Wyzywał mnie od najgorszych, czasem zdarzyło mu się użyć wulgaryzmów pod adresem dzieci, co mnie bardzo bolało. Uderzył mnie raz, w oko, później popychał, kopał, przyduszał, zamykał w pokoju. Na dzieci nigdy nie podniósł ręki, dominowała przemoc słowna. Czasem jak był bardzo pijany to wpadał w amok i zachowywał się jakby mu się zmysły pomieszały. Kazał na przykład iść dzieciom spać, a dopiero była 17.30. Zdenerwowało go to, że dzieci nie chciały wypełnić tego polecenia, więc w nerwach popchnął syna na łóżko i wyskoczył też z pięścią do mnie. Taki już był, lubił straszyć, lubił czuć dominację i wzbudzać w nas lęk. Często miałam wrażenie, że on uwielbia, jak tak się przed nim płaszczę i przepraszam go, chociaż przecież nic nie zrobiłam…Krzycząc groził też że uderzy, ale dużo częściej wyzywał. Powiem jednak, że wtedy wolałam dostać niż słyszeć to wszystko, co mi mówił w tym szale. Może miałabym większą motywację, żeby zakończyć ten związek i wynieść się z dziećmi. Czułam się poniżona, słaba, gorsza.

W naszym domu było dużo strachu. Kiedy Krzysztof wypił rzucał przedmiotami. Wynosił też różne wartościowe rzeczy z domu do lombardu. Brał wszystko, za co mógł dostać więcej pieniędzy, nieważne czy była to wiertarka, telefon, głośniki, DVD czy gra telewizyjna dziecka… Wszystko po to, żeby mieć na picie. Niby miał to wszystko w zastaw, do wykupienia, ale jak przychodziła wypłata to alkohol był priorytetem. Później było pożyczanie, żeby co nieco chociaż wykupić z tego lombardu. I tym sposobem na czynsz i jedzenie już nie było… Dostawałam z Opieki Społecznej dodatek pielęgnacyjny na dzieci i co miesiąc stałam przed dylematem: zapłacić rachunki czy kupić coś do jedzenia? O tym, żeby kupić coś dzieciom – bo to na nie były te pieniążki przeznaczone przecież – nie było niestety mowy. Wstydziłam się iść gdziekolwiek do obcych pożyczyć pieniądze, bo wszyscy przecież wiedzieli o pijaństwie mojego męża i jego wyczynach. W jednych z ostatnich naszych dni razem doszło do tego, że najbliższa rodzina odmówiła mi pożyczki, mówiąc: „ja ci pożyczę, on przepije”. Byłam załamana.

Jeżeli w domu nie było wódki to mąż po prostu wychodził ją kupić, nieważne czy była wtedy czwarta po południu czy na ranem. Nieraz zdarzało się, że przez ciąg alkoholowy Krzysztof nie kontaktował za bardzo i łóżko uznawał za ubikację. Musiałam go pilnować całą noc, żeby nie zabrudził prześcieradła, żeby nie obudził dzieci. Odprowadzałam go do toalety, żeby nie nalał na komputer albo na szafę. Odór był okropny, trzeba było od razu sprzątać. On to miał gdzieś i spał dalej a ja czyściłam po nim. Nie dość więc, że miałam z nim kłopoty, kiedy wracał po pijaku i się awanturował to jeszcze musiałam mieć na niego oko jak spał. To było bardzo męczące. Czasem też potrafiłam przez tydzień nie wychodzić z domu, bo zawsze coś się działo a jak już zostawałam sama to prałam, sprzątałam, gotowałam. Mama moja czasem dzwoniła i pytała – co się stało, dlaczego się nie odzywasz? A ja wymyślałam tysiąc powodów, byleby tylko się nie przyznać, że Krzysztof znów pił, że nie mam na chleb, że się boję. Trudno mi było się otworzyć, skrywałam więc w sobie te bolesne tajemnice. Wszyscy wiedzieli, że mam męża alkoholika i nic więcej. Myślałam wtedy, że jak przyznam się do tych awantur to wszyscy powiedzą jedynie „zostaw go, odejdź”, a ja się tego przecież strasznie bałam. Bardzo łatwo ludziom przychodzi dawanie rad. A co dalej? Nie miałam dokąd pójść, nie mogłam przecież siedzieć mamie na głowie.

Ostatnia nasza Wielkanoc zapadła mi w pamięć. Sama zrobiłam zakupy, święciłam z dziećmi jajka, przygotowałam też wszystkie tradycyjne potrawy. Mąż nie uczestniczył w świętowaniu. To było bardzo przykre dla mnie i dla dzieci. Nikt nas nie odwiedzał, ja też nikogo. Już ze wstydu. Bezpieczniej było zostać w domu. Pilnowałam męża, żeby nigdzie mi nie poszedł, żebym nie musiała się potem martwić i szukać go. Po tych świętach mąż pił coraz więcej, sprzętów z domu ubywało, do tego doszło jego okaleczanie, bo zaczął się ciąć po rękach. Zabrał mi dowód osobisty, dla pieniędzy. Było mi coraz ciężej, częściej myślałam o odejściu, biłam się z myślami. W końcu pękłam i opowiedziałam o całej tej sytuacji teściom. To był pierwszy krok ku zmianom – w końcu odważyłam się komuś szczerze opowiedzieć o tym, co przeżywamy. Potrzeba było jednak dużo więcej, żeby wyrwać się z piekła… Pewnego wieczoru Krzysztof chciał sobie wbić nóż w brzuch i to przy naszym synu, przy Pawełku. Wezwałam policję, pochowałam wszystkie ostre narzędzia. Przyjechali, ale mąż już był spokojny, nawet płakał. Bywały jednak takie sytuacje, kiedy brałam najmłodszą córkę na ręce i z telefonem wybiegałam na dwór, żeby zadzwonić po pomoc. Jedna z takich interwencji zmieniła bieg wydarzeń w moim życiu. Dzięki rozmowie z policjantem, którą przeprowadziłam na osobności zrozumiałam jak wielki błąd robię. Funkcjonariusz podzielił się ze mną swoimi doświadczeniami z dzieciństwa i zakończył swoją opowieść słowami: „niech pani nie skazuje na to swoich dzieci”. Poczułam w sobie promień siły. Męża zabrali, po drodze wygrażał mi jeszcze. Natychmiast po ich wyjściu zaczęłam pakować torby. Skończyłam o czwartej nad ranem. Rano zdecydowałam się iść na posterunek policji i złożyć zeznania o znęcanie się nade mną i dziećmi. To był mój pierwszy krok ku wolności.

Przyjechaliśmy tu 31 sierpnia 2012 roku. Początku w Domu Matki i Dziecka były dla mnie trudne. Najgorsze dla mnie były tu wieczory. Bo dzień to jakoś przeleciał, tu coś do posprzątania, tu pranie, tu odbiór dzieci, odrabianie z nimi lekcji, zabawa, posiłki… A jak się kładłam do łóżka to w głowie miałam mętlik, milion myśli, wątpliwości czy dobrze zrobiłam odchodząc od męża… Uspokajam się myślą, że wszystko, co można było zrobić, by ratować ten związek to zrobiłam. Nawet tuż przed odejściem byłam porozmawiać z jego terapeutką, o tym że się ciął, że miał coraz większe problemy psychiczne. Wiele nocy tu przepłakałam. Proces aklimatyzacji w Domu Matki i Dziecka trwał u mnie i u dzieci długo. Pawełek wciąż powtarzał, że nie chce tu być, że chce wracać do kolegów, do swojej klasy… Marta bała się, że będzie musiała lada dzień wrócić do „tamtego” mieszkania. Wszystkim nam było ciężko, ale podołaliśmy. Mamy tu dobrą opiekę. Już jest dobrze. Kiedyś nie miałam w ogóle czasu dla siebie. Pod tym względem odżyłam tutaj, w Domu Matki i Dziecka. Mogę zająć się sobą, o nic się nie martwię, dzieci mają fajne zabawki, na jakie mnie nigdy nie byłoby stać. Mamy spokój. Rano, jak wstaję po szóstej i budzę dzieciaki to pierwsze co – ścielę łóżka. Dopiero potem ubieram dzieci. Jestem takim typem kobiety, która lubi mieć wszystko posprzątane i zajmuje się tym od rana.

 Od kiedy jestem tutaj czuję, że mam więcej wsparcia od rodziny i to też tej ze strony męża. Dzwonią, pytają co u nas, jak się czuję, interesują się dziećmi, „badają” też, czy przypadkiem nie zmieniłam swojej decyzji, boją się, że znów wszystko wróci do starego porządku… Ale ja jestem już kimś innym. Silniejszym, pewnym siebie. Czuję dumę, bo mimo, że wciąż coś czuję do męża, potrafiłam przerwać to piekło i wyrwać się do lepszego świata. Zawalczyć o dobro dzieci, którym spokój należy się teraz najbardziej. To był trudny krok, bardzo się go bałam… Teraz uczę się życia na nowo.

 W dzieciństwie też swoje przeszłam, mieliśmy przemoc w rodzinie, nieraz spałyśmy z mamą na strychu. Dobrze pamiętam tamte dziecięce lęki, więc nie mogłam więc dłużej czekać z decyzją, zresztą i tak zwlekałam zbyt długo. Moje dzieci często zostawały na noc u babci. Prosiłam je, żeby nic nie mówiły o tym, co się wydarzyło w domu. Ale dzieci jak to dzieci, i tak powiedziały. Nie chciały potem tam wracać, on oznaczał dla nich zagrożenie. Martusia szczególnie się bała. Płakała, kiedy musiała zostać z tatą a czasem nie miałam wyjścia, bo musiałam jechać z Pawełkiem do lekarza. To było tylko kilka godzin ale jak wracałam to zastawałam córkę zapłakaną i wystraszoną, a mieszkanie w bałaganie. Nie mogłam na męża w ogóle liczyć w kwestii opieki nad dziećmi i później zostawiałam je już tylko z moją mamą. Mąż nie był w ogóle zainteresowany życiem rodzinnym. Nie brał odpowiedzialności za mnie i za dzieci, dlatego mogliśmy tylko marzyć o jakichkolwiek przyjemnościach. Ciuchy dostawałam głównie od rodziny, po kimś. To była duża pomoc. Tutaj pozwalam dzieciom na rozmowę z ojcem przez telefon, żeby w przyszłości nie miały pretensji o to, że urwałam im z nim kontakt. Zaznaczam jednak, że to ja decyduję kiedy rozmowa się zaczyna a kiedy kończy, mam też kontrolę nad jej przebiegiem.

 Cieszę się, że tutaj jesteśmy, z dala od niego, od tamtych problemów. Jest trochę ciężko, bo brakuje mi bliskich, z którymi zawsze mogłam na żywo pogadać. Teraz zostaje tylko telefon. Ale to dobre miejsce. Mam ciepło, nie martwię się o jedzenie, dni są spokojne, wypełnione obowiązkami. Na początku bałam się tu przyjechać, martwiłam się jak mnie przyjmą inne dziewczyny, jakie one w ogóle są. Teraz wiem, że te obawy były niepotrzebne. Zżyłam się z kilkoma innymi mamami, które mieszkają tutaj. Mam gdzie iść się wypłakać, porozmawiać o wątpliwościach, podzielić się bolesnymi wspomnieniami… One też zawsze mogą na mnie liczyć.

 Piszę pozew rozwodowy, będę żądać alimentów na dzieci. Dużo z tym roboty, trzeba wszystko opisać jak najdokładniej, ale wiem, że warto. Siostry, które tutaj posługują, są wspaniałe. Rozumieją nasze potrzeby, problemy i są bardzo wyrozumiałe. Na początku bałam się z nimi rozmawiać, ale już się oswoiłam i rozumiem, że one naprawdę chcą nam pomóc. Po raz pierwszy od wielu lat czuję, że wychodzę na prostą. Że mi się układa, że będzie lepiej. To naprawdę piękne uczucie i każdemu je polecam.

Wysłuchała i spisała Sandra Bielska, listopad 2012


Facebook Twitter Google+ YouTube
© Diecezjalna Fundacja Ochrony ŻyciaProjekt i realizacja: VIP4u Zarządzanie treścią: PROBETA